O autorze
RSS
środa, 16 czerwca 2010
Brazylia
Od kilku dni oznajmiam uroczyście światu, że odrabiam zaległości w pracy a faktycznie tylko myk, myk i przed telewizor, bo Mistrzostwa Świata. Kilka godzin dziennie nie ma mnie bo siedzę przed ekranem, a telewizja jest i tak na tyle wredna, że albo puści mi w międzyczasie "Boksera" z Olbrychskim, albo koncert Kyksa z Rawy 1998, albo "Polowanie na Muchy" Wajdy. To znaczy od 13.30 jestem poza czasem i średnio się nadaje do kontaktów z ludźmi. Piłkarze biegają, trenerzy się męczą i stresują, a ile bzdur się na ten temat pisze i mówi,to puchnie głowa. Wszyscy jęczą że nudno i wszyscy pieją jak to Niemcy zagrali cudnie. Ja tam nie widziałem żadnych cudów, tylko dużo biegania i tak pogubioną australijską obronę, że traciłaby bramki nawet gdyby w ataku przeciwnika grał Lewandowski i Nowak. Wszyscy jęczą, jak nudnie i powoli zagrała Brazylia a ja widziałem zespół, któremu Dunga zakazał grać szybko, zabronił pressingu i zabronił Kace, Elano i Robinho grać do Fabiano. Czy po to organizuje się zamknięte treningi, by już po meczu z Koreańczykami Erikson Querios wiedzieli, kto tak naprawdę asekuruje Maicona, jak Brazylia rozgrywa kontratak po odbiorze Juana i jakie zadania w defensywie ma Filippe Melo? Czy na to wydaje się setki tysiące dolarów, opłaca fizjoterapeutów, psychologów, angażuje centra medyczne by złapać groźną kontuzję, albo przeciążyć mięśnie grając w temperaturze dość ekstremalnej, Ja widziałem zachwycającą maestrię techniczną i arogancję pewnych siebie Brazylijczyków. Przyjęcia na podeszwę buta, dobre dryblingi, znakomity odbiór piłki. Zauważyliście, jak Brazylijczycy podnoszą się szybko po wślizgach? To przygotowanie gimnastyczne ale i cholernie wysoka forma. Będzie bardzo potrzebna, bo i WKS i Portugalia zagrały świetnie. Fajne są te mistrzostwa.
10:17, rapataplan
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 14 czerwca 2010
Działalność edukacyjna
Cały bez mała kraj, w każdym razie Ci, którzy nieco kulturą żydowską w Polsce się interesują żyją doskonałą akcją Rafała Betlejemskiego "Tęsknie za Tobą Żydzie". Tymczasem Stowarzyszenie Singerowskie w Biłgoraju od miesięcy zajmuje się procesami z Kmieciem i Czarneckim oraz zbieraniem kwitów na Kmiecia i Czarneckiego. Taka jego ubecka mać:-) Ale cóż, to akurat pan porucznik umie, w tym jest kształcony, jak nałgać, zasypać stertą papierów, podjudzić. A kiedy trzeba coś merytorycznie to ani du du. Albo pianista, albo gitarzysta, albo Stan Borys, któremu też radziłbym sprawdzić swoje teczki w IPN-ie skoro pan porucznik się chwalił że po bułki mu biegał. Bez raportu się raczej nie obeszło. W każdym razie oznajmiwszy światu jakim to Kmieć jest padalcem, jakim Czarniecki szują i zbrodzieniem pan porucznik udał się na zasłużone wakacje, choć sądząc z wpisów na stronie stowarzyszenia singerowskiego proces z Kmieciem i Czarneckim to była jedyna w tym roku stowarzyszenia aktywność. Nie wiem, może trzeba zmienić statut. Ja tymczasem niestety odpoczynku nie mam i ledwo skończyłem uczyć marynowania ryb przed pieczeniem, ledwo skończyłem oceniać wina od małopolskich winiarzy, już muszę obmyślać jak nauczyć lud potrzebujący miast i wsi klarowania nalewek, ale takiego, by szkody smakowi nie przyniosło tymczasem zapraszam wszystkich do sitarskiej restauracji w piątek 25 czerwca na wspólny koncert kapeli Drewutnia i kobiet z Rudy Solskiej. Mój to pomysł był, to połączenie. I widzę, że to dobry pomysł.
11:21, rapataplan
Link Komentarze (3) »
niedziela, 13 czerwca 2010
Budapeszt
Niedziela w Budapeszcie po pijaństwie festiwalowym i w deszczu. Znalazłem w centrum jakiś hostel, bardzo zresztą miły i zdrzemnąłem się. Obudziłem się około 13 i oczywiście wsiadłem w tramwaj, by pojechać do Etyeki na drugi dzień festiwalu. Dużo sobie obiecywałem. Po drodze popełniłem grzech śmiertelny, wydałem parę forintów w McDonaldzie na sok pomarańczowy. Niestety wszystkie sklepy były pozamykane a pragnienie ogromne. Na dworcu autobusowym spotkałem Attillę. Nie wiem skąd go znam ale znam go dobrze, Attilla był niegdyś bankowcem, a teraz kupuje jakąś małą winniczkę w Somlo i w ogóle lubi wino i nie chce mu się już tyrać w korporacji. Deszcz rozpędził drugi dzień festiwalu. Wszystko pozamykane. No trzy punkty były otwarte toteż nasza trójka wzięła udział w bardzo pięknych indywidualnych degustacjach. Trójka bo dołączył do nas Chris Black, pochodzący z Kansas miłośnik Węgier i wina. Dobrze nam się działo szczególnie w piwnicy Gradowski Birtok. Kekfrankosz stamtąd świetny. Aż dwie butelki nabyłem. Wieczorem otworzyłem jedną z nich w hostelu i wypiłem sam. Australijczycy powiedzieli, że wolą piwo. Ich strata. Rano pierwsze kroki na pocztę. Potem bar kanapkowy. Wreszcie hala targowa, w połowie maja pełna truskawek, wyrobów z mangalicy i tłuszczonych gęsich wątrób. Kupiłem truskawki. Kto wie może w hostelu nocują ze mną jacyś zwariowani miłośnicy zwierząt i zabiją mnie w zemście za tą utuczoną gęś. Innym razem, może nie samotnie, bo to zbyt dekadenckie przyrządzać sobie samemu foie grais, kupię z pewnością taką wątróbkę. Jeszcze tylko kawa u Gellerta i możemy ruszać w miasto. Tap. Tap. Tuż za rogiem bisztro z genialną hurką i kiszonkami. Mniam. Za następnym rogiem sklep ze świeża baraniną. Nie dzisiaj. Parę metrów dalej świetna kawa i doskonałe wino. Potem palinka. Potem pomnik chłopców z Placu Broni. Wsiadam w metro. Wysiadam na chybił trafił. Jestem gdzieś na Ferencvaros. Kupuję tanie debreczyńskie cygara. Znakomite. Prawdziwa radość jarania, jak powie tydzień później Grzesio Jach. Wino, palinka, wino, palinka. W zasadzie nie omijam żadnej knajpki. Około 23 zauważam, że nie do końca wiem gdzie jestem. Hańba ale trzeba zapytać się kierowcy nocnego autobusu i po 20 minutach wracam do hostelu. I dzień następny. Śniadanie w barze od hurki. Potem kawa, a potem trafiam do pięknego Sorozo a pewnie i borozo. Wino, palinka, szprycer, radosne pisanie przy stoliku - kocham Budapeszt. Na wieczór jestem umówiony z Davidem, to winiarz i trochę urzędnik. Umawiamy się w winebarze przy bazylice. Prościzna. Siadam w jednym wypijam kieliszek Leanyki od Totha - to nie tu. Idę do drugiego, już na właściwej ulicy. A tam palą się tylko świeczki, nie ma prądu, zaraz zacznie się degustacja. Cudnie. A przy stoliku siedzi Chris Black. Zawsze tu przychodzi, w każdy wtorek. Po dwudziestu minutach dzwoni Dawid, jest po drugiej stronie ulicy, w jeszcze innym winebarze. Dołącza do nas i bawimy się do północy. Potem długie rozmowy o winie i życiu z Chrisem. Chris jest malarzem i autorem okładki do książki Davida Coppa o Tokaju. Rano wsiadam w pociąg do Egeru. Myślałem, że odeśpię ale do tego samego pociągu wsiada za chwilę 40-ro dzieci udających się na kolonie w Góry Bukowe. Nie zmrużyłem oka marząc na jawie trochę o takiej jednej, a trochę o tym co mnie dzisiaj spotka. W południe byłem umówiony z Imre Kalo.
10:56, rapataplan
Link Komentarze (1) »
sobota, 12 czerwca 2010
Etyek
W Etyek byłem pierwszy raz. Śliczna droga, przy której posadzono setki drzew podpisanych przez mieszkańców i dziesiątki małych piwniczek. Do Etyek jeździły z Budapesztu specjalne autobusy. Na miejscu zaś goście tamtejszego festiwalu poruszali się mikrobusikami, które rozwoziły ich po piwniczkach i innych festiwalowych miejscach. Deszcz padał jak szalony, jakby chciał utopić całą środkową Europę. Byłem gościem Pani Sary z Etyek Kuria. Kiedy dojechałem i czekałem na jej przyjazd - pełniła jakieś festiwalowe obowiązki, ktoś poklepał mnie po ramieniu. Tibi Gal! Przynajmniej w tym miejscu miałem więc zapewnione kompetentne towarzystwo do degustacji. W sali degustacyjnej Etyek Kuria oprócz win miejscowych goszczono również produkty z dwóch piwnic. Austriackiej winnicy Esterhazy i egerskiego Grofa Butlera. Zjedliśmy obiad. Ja poczęstowałem towarzystwo wędlinami od Stasia Mądrego i pozwiedzaliśmy piwnice, pustawą jeszcze ale z każdym rokiem zapełniająca się nowymi beczkami. Popróbowaliśmy Pinot Noirów z różnych parceli i różnych nasadzeń. Było miło. Poznałem przy okazji Helgę Gal, siostrę śp Tibora seniora. I bardzo cieszę się z tej znajomości. Urocza, inteligentna, zakochana w winie kobieta. Festiwal odbywał się w szeregu miejsc, więc mimo deszczu ruszyłem dalej. Najpierw przypadkowe spotkanie w jednym z prywatnych domów. Ot Węgrzy zaprosili pod dach przechodnia. Jedzenie, picie, toasty i zapewnienia o przyjaźni. doskonałe palinki, świetne stare olaszrieslingi. Byłem pod ogromnym wrażeniem i po godzinie wychodziłem stamtąd bogatszy o kilka rewelacyjnych przepisów i innych kulinarnych ciekawostek. W następnym miejscu trafiłem na Petera Molnara prezentującego wina jego żony Sarloty. W krainie nobilisowego koversolo i furminta poczułem się jak w domu. Nastrój wzbogacały jeszcze wina piwnicy Gradowski i te miejscowe i Szekszardzkie. Potem niewiele pamiętam. Potem byłem w jakiejś knajpce a do Budapesztu dojechałem o ósmej rano. Przemoczony do suchej nitki. I tak poznałem Etyek węgierską krainę pinotów. I tu przyznaje się bez bicia, prawdziwe zalety Kiraly Leranyki z Etyek Kuria doceniłem dopiero teraz, w czasie upałów.
piątek, 11 czerwca 2010
Soli... dwa kilo... wody.... trzysta litrów... czyli pierwszomajowe zaległości. Z dedykacją dla Halinki z Piviarii
Bardzo rzadko tu zamieszczam przepisy, bo ja w ogóle rzadko zamieszczam przepisy. Czasem coś zamieszczę w Kuchni - ale to dlatego, że Łukasz Klesyk używa szantażu moralnego i łechce moją megalomanię. Ponadto Kuchnia podniosła mi stawkę, uwzględniając moje prośby, które uzasadniałem podwyżką ceny piwa Radegast w cieszyńskiej lokalce na 24 korony czeskie. Wszystko zaczęło się w piątek 30 kwietnia. Co wszystko? a bo ja wiem co, o ten przepis co go tu zamieszczę chodzi. Ja tak rzadko gotuję według przepisów... Kiedyś, jeszcze dawno, kiedy byłem nastolatkiem sięgałem po Ćwierciakiewiczówną, a teraz? A teraz gotuję jak ten szwedki kucharz z Muppetów. Aż dziwne, że ludzie to jedzą. No więc w rzeczony piątek, strząsnąłem z siebie czwartkowego kaca i ruszyłem na Kraków, aby dojechać do Szczecina, po kilkunastu krokach i jednym telefonie - zmieniłem jednak plan i via Sochaczew, Ciechocinek i Świecie wylądowałem w Gdyni. W Gdyni dzień mi się zaczął tak dobrze, że aż trudno mi było w to uwierzyć. I okazało się, że słusznie. Bo potem było milczenie głuche i niedzielny sms - "Nie dojadę. Przepraszam" - trudno, nie takie smsy musieliśmy znosić w życiu. Potem był przemiły sobotni dzień w Łebie, gdzie usmażyłem kotlety pożarskie myśląc ze wzruszeniem o czasach gdy moja Babcia Teresa była szefową kuchni w barze Pod Puszczą w Biłgoraju. W niedzielę znalazłem się razem z Markiem Sztarkiem w Radiu Szczecin, gdzie prowadziliśmy audycję a zaraz potem trafiliśmy do Piviarii. To genialny szczeciński lokal sprawdźcie : http://pivaria.pl I tam wśród pitych svijan. Zostałem poproszony o podanie przepisu na knedel. A jak knedel to dla mnie najlepszy spekovy. Jadłem kiedyś taki w Czeskich Budziejowicach. W zasadzie nigdy nie czytałem przepisów knedlowych ale zrobiłbym go tak: Posiekałbym w paski dobrze wysuszony bekonik (oczywiście lepsze wędzone podgardle) i rzucił na rozgrzaną patelnię. Kiedy puściłby tłuszcz dorzuciłbym do tego cebulkę. Jak posiekać? na króciutkie paski posiekać. Gdy cebulka się zeszkli dodać odrobinę kiszonej, odsączonej kapusty. Jak wszystko będzie radosne i rumiane - odstawić - nie zjeść choć kusi. tymczasem zalać mlekiem suchą paryską bułkę, albo 6 kajzerek, w każdym razie żeby nawet po wysuszeniu było tego trochę. Jak rozmięknie rozmemłać, dodać trochę pszennej mąki,i trzy jajka. Zagniatać i zagniatać. Regulując gęstość bułką tartą i mlekiem. Przyprawić odrobiną gałki muszkatołowej, słodkiej suszonej papryki, pieprzu i kurkumy. Solić ostrożnie (Bekon!!!). Właśnie - ostudzoną smażeninę dodać do ciasta i jeszcze raz porządnie wymiędlić. Całość zawinąć najlepiej w lnianą ścierkę i położyć do garnka wrzącej wody, tak by rogi ścierki wystawały z garnka. Ogień zmniejszyć, garnek przykryć, niech pyka. Niech pyka długo. Najmniej 40 minut. Wtedy łapiemy za rogi, wyciągamy i odwijamy. Powinien wyjść twardy, sprężysty knedel. Nie wyszedł? Coś schrzaniliśmy z ciastem i się lekko rozłazi? nie szkodzi. Kładziemy na blachę, smarujemy masłem i do pieca. rozgrzanego pieca na 10 minut. Będzie dobre. Na zdrowie - tu gdzie jestem nie ma jednak czeskiego piwa.