O autorze
RSS
środa, 24 czerwca 2009
my tu gadu gadu a dziczyzna czeka

Wczorajszy dzień poświęciłem na rozmowach czy jutro lepiej zrobic cielęcinkę curry czy może upiec wołowinę z grzybami w grubych plastrach a tymczasem nagle ktoś wyciągnął z chłodni jakieś dwieście kilo dziczyzny - większa jej część to depozyty Adasiowe. Zreszta oprócz dziczyzny widzę całkiem spore ilości jagnięciny. I  o ile duże kawałki mięsa to nie problem - zapekluje się i potem uwędzi to co zrobić z drobiem, zającami, tuszkami bażantow kuropatw? one nie wytrzymają tak długiego przechowywania. Trudno dzisiaj będziemy robili pasztet. Tylko skąd wziąć do niego hieronimowych moreli?

10:22, rapataplan
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 23 czerwca 2009
Pozytywny gest

Ze strony stowarzyszenia singerowskiego w Biłgoraju zniknał idiotyczny wpis na temat Piotra Czarneckiego

12:38, rapataplan
Link Komentarze (2) »
Istebna

Jakoś, nawet dobrze nie wiem kiedy przez degustację win z winnicy Jaworek wróciłem do Tarnowskich Gór gdzie ojadłem się krupnioków i dalej wprawiałem się w Tokanach i węgierskich paprykarzach. U Mazika byłem świadkiem genialnego objazdowego niemego kina a film Bambi meets Godzilla zrobil na mnie ogromne wrażenie. ale jakoś tak choć miałem jechac zupełnie gdzie indziej - znaczy na konwent winiarzy polskich do Niepołomic wylądowałem w Istebnej. a tam orgia grzybów i wołowiny i pieczony boczuś, i piwa z Czech. a nawet troszkę pracy. Za to teraz siedze  skoczowie i zaraz skoczę na drugie dzisiaj niepasteryzowne brackie.ciekawe co będzie dalej.

a własnie zapomniałem o wczorajszym świeżym bundzu od Piotrka Kohuta z Koniakowa.

12:30, rapataplan
Link Dodaj komentarz »
środa, 17 czerwca 2009
Bliskie spotkania III stopnia

Wybaczcie moi mili, że nie chcę mi się tu dodawać zdjęć, pewnie kiedyś nadrobię. Ale jakoś tak sytuacja dojrzała do tego, że musiałem uciec w Bieszczady - przed czym nie mam pojęcia - wiem tylko, że odwoławszy cos w rodzaju randki z jakimś obiecującym stworzeniem (na pięć minut przed spotkaniem o zgrozzzo)  juz kilka godzin później (o 4.30 rano) zajadałem pyszną warzywno zacierkową zupę w Teleśnicy Oszwarowej.

Ale od początku.

Zdaje się że rozstałem się z Wami  drodzy czytelnicy kiedy byłem w kompletnym szale podrobów jagnięcych. no nic. Tuż po dniu rieslinga, wylądowałem w Grucznie gdzie bawiliśmy się w warsztaty piekarnicze. Sporo piłem czego efektem był mandat który dostałem w Świeciu za picie w miejscach publicznych, co prawda tylko blendowanej whisky i o 2 w nocy ale jednak. Stróżów prawa rozsierdził nie tyle fakt że piłem, ale głównie to że przy nich nalewałem sobie trunek do szklaneczki.

inna sprawa, że w Świeciu po godzinie 11 wieczorem naprawdę nie ma gdzie pić, a nagabnięty przeze mnie taksówkarz na pytanie gdzie tu można ewentualnie pojechać oznajmił "... chyba nigdzie, w zasadzie jest jeszcze burdel ale k... szpetne." Co zrozumiałe udałem się zatem ze Świecia  gdzieś na piechotę ale to było jakoś inaczej. Zresztą nieważne.

W każdym razie wylądowałem w Szczecinie, gdzie w czasie nocy śledziożerców o której pisze Gieno na swoim blogu zrobiłem paprykarz ze śledzia, który poprzedziłem kieliszkiem alzackiego silvanera. Potem kolega Igor namówił mnie na jakieś działania - albowiem miałem koncepcję jechać gdzieś w Dzikie Pola, i udałem się do Warszawy w celach zawodowo - alkoholowych pijąc jakieś francuskie całkiem zacne pinot grigio. Kiedy wychynąłem na boży świat był niedzielny poranek i losowałem gdzie tu pojechać. Los przywiódł mnie do Sandomierza, gdzie spędziłem uroczy dzień w Małej Cafe w towarzystwie Ani, której z tego miejsca serdecznie za ten dzień dziękuję; i skąd ruszyłem na Kraków. W Krakowie spędziłem dwa dni w pełnej depresji i izolacji od świata - zwyczajnie dopadł mnie atak głupoty.

Potem Śląsk i nie wiem dlaczego na Śląsku napadło mnie na robienie tokanów w różnych wersjach czym nieco podreperowałem psychikę ale zacząłem tyć, tak że w krótkim czasie odzyskałem 7 kg, które bohatersko niemal straciłem na wiosnę.

Z Tarnowskich Gór do Gruczna, gdzie tym razem prowadziliśmy warsztaty nalewkarskie. Z Gruczna, via Katowice do Tarnowskich Gór i znowu tokany i wizyta w karczmie szvejkowej gdzie rozmarzyłem sie przy mapie czeskich browarów, hortobagy palacsintach i dyskusji o winach Thrummerera. Plany miałem następujące. Spotkać sie z jedna "koleżanką" w Katowicach, potem z inna "koleżanką" w Krakowie i dojechać na festiwal do Czeremchy. Oczywiście w międzyczasie zamierzałem dużo pracować. I dlatego propozycja Adasia, by jechać w Bieszczady  początkowo przedstawiała się w mojej głowie jako podszept złych mocy.

No nic to - ponieważ umówiłem sie w centrum Katowic pozwoliłem sie Adasiowi zawieść do Leśniczówki, skąd on miał zabrać Giera.  Gdy dotarliśmy do Leśniczówki, juz przez plot widzieliśmy jak rozprawia o czymś Fuchs z Krisem Głuchem. Za to zza ściany jakieś świetne pianino. Kyks tak potem komentował swoja grę" ja nie rozumia, nie rozumia, nie próbuja, niby ciula umia, a jak przychodza, siadam to tak grom, murzyństwo normalnie murzyństwo mi wychodzi" Kyks zagrał świetnie. I kogo spotykam w korytarzu? Agnieszke i Mirka. znaczy Łapke i Rzepę. Surokatki na widok Agnieszki już nie strzelam (o dzięki Wam Bogowie) niemniej jakoś mnie ruszyło, że po kiego diabła mam się z jakimiś obcymi babami, choćby ładnymi spotykać. Zwłaszcza kiedy sam od jakiegoś czasu zdradzam dziwne objawy cofania sie do nastoletnich wręcz emocji. I pełen sentymentalnego romantyzmu, dałem się tak jak parę kilo jagnięciny, które mieliśmy w bagażniku, zawieźć w Bieszczady.

Ewidentnie zło z dobrem mi się pomieszało. Za to w Bieszczadach deszcz, i tabliczka "uwaga na niedźwiedzie" i żur na jagnięcych kościach i pulpety z jagnięciny i kotleciki cielęce i krupnioki itd. I nawet trochę pracy przy pisaniu książki o nalewkach. Do domu, znaczy na Śląsk wracaliśmy przez Słowację i Istebną, po drodze nie odmawiając sobie ni pięknych górskich widoków, ni hruszkówki, ni tlaczenki z octem, ani nawet kawy wypitej tuż przed północą na rynku w Levocy.

A teraz życie  serwuje mi koktail, jednego dnia płacenie rachunków, drugiego dnia pinot grigio z winnicy Jaworek.

Wczoraj za to rozmowa z Yossim na temat kontrowersji wokół mojego styczniowego wpisu na blogu o Szmuliku, pieniądzach dla Yiddishe Spiel, biłgorajskim kirkucie etc. Yossi (chyba ma racje) powiedział, że choć rozumie moje intencje (w końcu przez godzinę moją łamaną angielszczyzną mu tłumaczyłem) to uważa że skutki ten wpis miał fatalne. Tyle to i ja wiem. Do zobaczenia.

Czy pisałem już o jagnięcinie?

W Grucznie za niecały miesiąc czekają na mnie jagniaki, jakiś baranek a nawet może skop – będziemy jedli !! -jak mawia się na warszawskich bazarach.

12:39, rapataplan
Link Dodaj komentarz »