O autorze
RSS
środa, 20 maja 2009
Abnegactwo

Chyba już nic nie jest dla mnie ważne - inaczej nie wytłumaczę spóźnienia (ordynarnie zaspałem) na Dzień Tokaju w  Warszawie. Zresztą podpis Sauska Pince (czy inne winery) tuż przed butelkami z etykietami Arvay nieco mnie zasmucił. Cóż poznałem nowego enologa który teraz będzie robił w kasynie, będzie odpowiedzialny za cudne parcele na St.Tamas i ... nie jestem pełen optymizmu. Człowiek pracował dla Grofa Degenfelda właśnie wtedy kiedy powstały tam wina, które nie smakowały mi ani trochę. Długo w ustach czułem jeszcze smak arvayowskiego 6 puttonowego aszu z 1999 roku. Utrzymywał mi sie przez wszystko co piłem potem, siedział z tyłu głowy w czasie całej degustacji win z winnicy Jasiel  a i o czwartej rano kiedy przyszło mi do głowy by urządzić sobie spacer z Janek do Warszawy cały czas mi towarzyszył, teraz też kiedy kończe ostatni kieliszek wódki, czekając aż kot łaskawie zejdzie i pozwoli oblec mi pościel pewne arvayowe wrażenia jeszcze tłuką się gdzieś z między tym co materialne a duchowe.

Łapię się na tym, że piszę o Janosu  jak o nieboszczyku, a przecież dogląda krzewów w Ratka, a przecież już jesienią będę u niego na winobraniu. Minęła północ. Wczoraj ofiarowalem Laurze serce - jagnięce - zjedliśmy ze smakiem. Ucieszyło mnie to, że smakowało jej usmażone w punkt, nieprzeciągnięte w żaden sposób, takie o ktorym większośc klientów polskich restauracji, (jeśli nawet trafia się taki, kto serce zamówi) robi kelnerom awanture, że podali surowe mięso.  Zabawnie się czułem taszcząc worek jagnięcych podrobów przez centrum Warszawy. Uwielbiam jagnięce podroby a te były - ba są jeszcze pyszne. Dostałem serca, nerki i wątroby ze wszystkich jagniaków, ktore Kręgliccy zamawiają do swoich restauracji. To poniekąd oddaje proporcje między mną a Kręglickimi w gastronomii. Wczoraj pomarynowałem nereczki - jutro dopracujemy z nich przystawkę dla Restauracji Warszawskiej i w taki o to sposob skończę wreszcie menu - znowu będę wolnym człowiekiem. Za dużo czasu w ciągu ostatnich miesięcy spędziłem w Warszawie. Do Gruczna chcę, do Szczecina, na Śląsk, w Bieszczady, na Morawy, na Ukrainę. Gdy wracam do Warszawy skądkolwiek - tak jak przedwczoraj z Krakowa dostaję jakiejś totalnej nerwówki, wszędzie chodzę na piechotę, jestem senny a nie moge spać a nawet  - o zgrozo tracę smak i fantazję  w kuchni. Nigdy nie lubiłem liderować ale teraz jakieś totalne abnegactwo. Róbta co chceta, żryjcie mnie muchy. Czuję się  prawie wszędzie jak piąte koło u wozu.

Idę spać. Wiem co mi się przyśni - we śnie będę owczarkiem węgierskim warującym na pewnych ursynowskich schodach. Jakim cudem ten sen będzie  sprawiał mi przyjemność - tego nie są w stanie mi wytłumaczyć ni psychiatrzy ni psi behavioryści. Trzeba mieć siły, by dzielić się pogodą z tymi co jej bardziej od nas potrzebują a wieczorem czeka mnie jeszcze ocena win od Bolyokiego. Jak wypadnie dobrze pewnie przed 10 czerwca kopnę się do Egeru. Dobranoc

00:30, rapataplan
Link Komentarze (2) »
piątek, 15 maja 2009
Ławeczka Śpiewaka (Singera)

Że zarząd Stowarzyszenia Singerowskiego nie wpadnie na pomysł by czytać własny statut było sprawą oczywistą. I tak pod koniec lutego minęła kadencja zarządu, z prostej przyczyny, że nie zwołano walnego zgromadzenia. Poczekaliśmy z Piotrem Czarneckim miesiąc i zgłosiliśmy ten fakt do organu nadzorczego, którym w tym przypadku na nieszczęście jest Starosta Biłgorajski. Zarząd ożywił się - najpierw czcigodny Henryk Wujec  wyzwał mnie od donosicieli, co zabolało mocno i nie było do końca sprawiedliwe, zwłaszcza, że podpisaliśmy się jak zwykle z imienia i nazwiska, a ponadto jeszcze w lutym informowaliśmy Henryka o tym, że mija kadencja. W korespondencji z nim przypomniałem jeszcze całkiem pokaźną liczbę donosów jakie anonimowo trafiały w różne miejsca na mój i Piotra temat od momentu ujawnienia sprawy cmentarza.

Ale nic to

Kolejną formą  nieoczekiwanej aktywności zarządu stała się korespondencja. Otóż w piśmie datowanym na 5.05 2009, dostałem "uchwałę" o tym, że decyzją zarządu w listopadzie przestałem być członkiem Stowarzyszenia. Przy czym głosowało dwóch członków zarządu , dwóch  innych skonsultowało sie na ten temat telefonicznie a jeden w mojej sprawie wstrzymał się od głosu.

Pod "uchwałą" widnieje wyłącznie podpis Pawła Śpiewaka skądinąd mojego profesora (wtedy doktora) ze studiów. Artur Bara był za sprytny, by sygnować fałszywkę, podpisaną niewątpliwie w długi weekend majowy na działce profesora w okolicach Krasnobrodu. Tak tylko nieświadomy Paweł Śpiewak  naraził sie na zarzut kryminalny.

Dlaczego uważam, że to fałszywka? Ano kiedy rozmawiałem tuż  po listopadowym zebraniu zarządu z jego członkami jakoś nikt nie wspomniał mi, że taka uchwała zapadła. Ponowiłem pytanie teraz - dalej trwa amnezja...

Szkoda Śpiewaka - może usiadłby sobie na ławeczce w sadzie i dałby spokój?

10:01, rapataplan
Link Komentarze (2) »
środa, 06 maja 2009
Powrót z Egeru

Gdy wracam z Egeru depresja dopada mnie tak juz w okolicach Rożnawy, gdy kończą sie podwójne węgiersko słowackie napisy. Ale kto nie siedział w węgierskie niedzielne majowe popołudnie z mistrzem Simonem przed jego piwnicą i nie sączył jego Leanyki, myśląc o niebieskich migdałach ten nie wie co znaczy własciwe miejsce i czas. Rozmowa z Imre Kalo o szczęściu, o Bogu... z argumentami w postaci kolejnych win i przecinkiem z wędzonego ozora krowy z Hortobagy. Życie na Wegrzech jest tak dla mnie intensywne, że ponad dwóch dni potrzebowałem na powrót do niewęgierskiej rzeczywistości. wstaję, ruszam dalej sprawdzić czy Piotrek dłubał coś przy sufletach. Proza życia i letnie menu czeka na mnie.

 

 

09:14, rapataplan
Link Dodaj komentarz »