O autorze
RSS
wtorek, 26 grudnia 2006
Verte

Taki tatuaż miała jedna ekspendientka bodajże w centrum Arkadia. Umieszczony na samym dole pleców. Dzisiaj przypomniał mi się kiedy pijąc sobie furmincik oglądałem skandynawskie filmy. Świat składany mozolnie z rozbitego szkła. Nie ulegać podnietom, patrzeć w oczy. Nie zajmować się tym co nie istotne i tym co zwraca uwagę. Za wielu ludzi omijam widząc w nich tylko sytuacje. Kolejne sceny, okazje, figury. Koniec zajmowania sie tylko zmysłami. Patrzmy w twarz. Kto wie może to i świąteczny wpis.

A' pro po świąt: jak oglądałem Dyktatora to przypomniała mi się jak filmy Chaplina pokazywał mi ojciec. I Woddego Allena. I de Funesa.

Dużo smutnych osobistych refleksji w te święta. Idę pić.

 

22:50, rapataplan
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 18 grudnia 2006
Jak zwykle natłok

1. Okazuje się, że mój rocznik (1972) to najlepszy w XX wieku rocznik Tokaju. wiem teraz ile we mnie i skąd we mnie ten wdzięk, harmonia, skłonność do przesady, szlechetność i słodycz :-).

2. Narol - powiem tylko, że chciałbym umiec tak marynować grzybki (zwłaszcza podgrzybki) jak robi to Rubin. I mówię zdecydowanie - "40 dni postu - dla wszystkich, którzy przyjeżdżając tam nie potrafią zapomnieć o tym,że wystrój i powierchownośc lokalu to mniej więcej czysta 7 kategoria". Jednym słowem - nie drobiazgowości i małostkowości. Nikt nikomu nie każe jeździc tam z wyfiokowaną kochanką czy inną kierowniczką publicznego urzędu. 

3. Lucek z Cree ma fendera Jazzbassa - trzeba było widziec jego minę jak go kupował. Wyglądał jak nie przymierzając kot Karolek po tygodniowej marcowej nieobecności.

4. Z wrażeń muzycznych Andrzej Urny zagrał trzy kawałki na akustyku w Avii. niestety byłem niekompatybilny z Fredem i z innymi, którzy darli się jak dzikie koty. Niemniej jak dowiedziałem się w Avii mam ksywę "kudłaty który wie wszystko". Radosne spotkanie.

5. Zastanawiające te koty w moich myślach.

6. Myślę sobie powoli nad stworzeniem kategoryzacji ludzi po osi: ilość wypitego alkoholu a skala wygadywanych głupstw. Oczywiście jedyną znaną mi osobą która nie wygaduje głupstw, jestem ja sam.

7. 1600 km w cztery dni. Znowu nie wiem po co. Choć przegadany piątek z Romkiem Góralskim zaowocuje w najbliższej przyszłości.

8. Zaraz jadę do Tarnowskich Gór - na naprawdziwny śląski obiad.

9. ś.p. Janou i metoda "na przemysławkę". Czyli niezwykle skuteczny sposób oczyszczania przedziału kolejowego z nadmiaru pasażerów.

10. W lipcu o czym nie wiedziałem zmarł górnik przodowy Marian Urny. Umarł w samochodzie, z upału. To był swietny facet, ojciec Andrzeja, robił znakomity smalczyk ze skwarkami.

11. Śląski sposób na karpia. Proste jak drut, smażony na maśle, wyfiletowany z grubsza, podzielony na dzwonki,  przyproszony mąką.

12. Palikot - cześć mu za to i chwała wpłacił sporą kasę na stowarzyszenie singerowskie. 

13. Zygmunt Dechnik został zaproszony przez Daniela na Chanukę. To tryumf dyplomacji nad rozsądkiem według mnie. Ale Daniel nie skrzywdziłby muchy. Za to ubawiłem się setnie kiedy posłuchałem relacji o tym jak absolwent "dyplomatki " w Moskiwe usiłuje zrozumieć treść zaproszenia, zwłaszcza "arcytrudne" skróty. Cóż zamiast protokołu dyplomatycznego musiano ich tam uczyć poprawności w formuowaniu donosów, albo poszukiwania haków. Tymczasem Tadeusz Kuźmiński w sitarskiej - Panie Zbyszku - pan odpuści temu zygmuntowi, nie ma sensu mu dokuczuczać.

Łatwo powiedzieć - Kuźmińskiego "w razie wojny"  chronią jego pieniądze i ogólny szacunek. a ja - ja mam tylko resztki  rozumu, trochę ciętego języka. Pieniądze skończyły mi się około 1996 roku a reputację psuję sobie kazdego dnia. Ja Zegmuntowi popuszcze na chwilę a on w pierwszej chwili mnie "zadusi i ostawi". Wojny z nim nie wygram - bo też o inne cele mi chodzi i to co dla niego jest atrakcyjne dla mnie jest zupełnie niefajne i ogólnie godne pożałowania. Nie jestem w stanie sobie wyobrazić jaką przyjemność może dawać zasiadanie w radzie z Mirkiem Tujakiem po jednym boku a z Iwańcem po drugiej. Z dawna obrzydło mi picie ciepłej, a nawet zmrożonej czystej wódki z setkami ludzi z których każdy w tym piciu widzi inwestycje na przyszłość. Nie lubię mieć władzy nad kimkolwiek, nawet nad sobą. Nie lubie zaglądać komus w korespondencję, nie cierpie mieć podwładnych. Wstydzę się do czerwoności jak dzwonię do kogoś by coś załatwić.

Niemniej mam dziwne wrażenie, że nie ustąpie dopóki takie skamieliny komunizmu ( i to w chamskim szmaciakowym wydaniu) jak dechnik bedą pełniły jakiekolwiek funkcje w życiu publicznym.

 

14. Po kilkunastu dniach picia portera wypiłem kilka zywców i ze trzy tyskie, bez przyjemności. Cóż moje zycie jest pelne porażek. 

 

15. Dość tego. Trzeba iść pokrążyć troszkę po Katowicach (och jaki się sentymentalny robię) i zorientować się co się dzieje u Urnego, albowiem zostawiłem go o 5 nad ranem w sali prób - witaj przygodo! 

 

P.S Pozdrowienia dla szefa kuchni w restauracji "Biblioteka" w Warszawie - zna się na rzeczy  

 

 

 

10:47, rapataplan
Link Komentarze (2) »
piątek, 08 grudnia 2006
o muzyce i innych innościach.

Na primier krótkie wyjasnienie dlaczego to musiałem ganiać ze Zwardonia przez słowacka granicę. Otóż primo - nie posiadywam prawa jazdy. Secundo. W Zwardoniu nie ma dobrego piwa. Tercjo. Na Słowacji ani w Czechach nie transmitowano ni półfinałów ni finału siatkarskich mistrzostw świata. Tak więc siadłem okrakiem na granicy i trzy dni żyłem siatkówką, winem, piwiem, borowiczką, serami i wzdychaniem do różnych uroczych bufetowych (zobaczycie bufetową w cukierni w Skalitem - to zrozumiecie).

Niemniej kiedy przez Poprad, Levoce, Presov, Svidnik, Dukle wychynełem głowe na świat w rodzinnym moim Biłgoraju, zapragnęłem na chwile oprócz innych zajęć ukulturalnić się przy pomocy koncertu jazzowego.

Teraz słów kilka o moim stosunku do jazzu. Jako szczawik- czyli w zasadzie do tej pory jazzu sie wystrzegam albowiem uważam ta muzyke za ocean, w którym po pierwsze się zagubię i utopię, a po drugie jak zacznę przez niego płynąć to czasu mi już na nic innego nie zostanie. Czyli znakiem tego jazz fascynuje mnie nieco a jak mnie fascynuje to staram się go jak najmniej słuchać. Wiem, że gdzies po drodze zgubiłem logikę ale tak jest.

Zagrał w mieście moim Strobel Janusz - gitarzysta niezwykle klasyczny i strasznie poważny. Razem z nim  przyzwoity kontrabasista i jakis nieprzyzwoity perkusista co to bębny miał nieco dziwnie nastrojone (mądrzę się bom za młodu wykładu Słomy o strojeniu bębnów się nasłuchał). Wszyscy trzej grali w knajpie a zapomnieli o tym, że grają w knajpie. Czyli czekali aż coś oświeci publiczność i publiczność zrozumie że ma do czynienia ze SZTUKA. Coż publiczność przyszła bardziej na wydarzenie towarzyskie niż by posłuchac muzyki (choc jak to każda publicznosc aspirujaca do miana "elitarnej" przysiegalaby, że jest odwrotnie). Tymczasem muzyk, który gra w knajpie (chocby w siedmiogwiazdkowym hotelu, czy w Whisky a Go a Go) ma obowiązek uciszyć publiczność wyłącznie tym co potrafi a nie fukaniem na nią, że przecież obcuje ze Sztuką. Strobel zrobil to (uciszenie muzyką)  moze trzy razy na 2 godziny koncertu (i tak powyzej przeciętnej), perkusista kilka razy efekt zepsuł a kontrabasista brumiał przyjemnie. Za to kiedy bywałem w knajpach na wystepach Kyksa Skrzeka   czy Jorgosa Skoliasa, czy Andrzejka Urnego (kiedy ten indianer odbierze wreszcie telefon) cisza zapadała zazwyczaj czesto. Mimo ze piło się pewnie więcej niz tego wieczoru w Sitarskiej (półtora litra na czterech).

Depelnieniem mojego nienajlepszego wrażenia był  pasztet. Chwalił będę Sitarską często, ale pasztet ma byc miekki włoknisty i mazisty a to co jako pasztet podano było czymś  między rzymską pieczenią a klopsem. Zgodnie z Gienem stwierdzilismy, że gdyby przestano nazywać to pasztetem i podano by na ciepło w solidnych kęsach nie obrażało by podniebienia.

Klops nie powinien udawać pasztetu a Strobel muzyka restauracyjnego. Granie w knajpie to sprawa trudniejsza niż się wielu osobom wydaje.

Jutro zaś do Rubina - do Narola. Tam gdzie pasztet jest pasztetem, żurawinówka żurawinówką, a żur żurem i genialna woda z kega. Tylko Jurek Rubin to kulinarny diament. Ale to ujdzie przecież.

Good Night i Good  Loock

przypadkiem oglądałem ten film  i zachwyciłem sie tym jak ślicznie była poukładana redakcja CBS w latach pięćdziesiątych. I potem pseudo film ery techno "Bignij Lola Biegnij". W tym ostatnim filmie brakowało tylko, żeby Lola w jedej z ostanich scen odnalazła bursztynową komnatę. Jak się ciesze, że nie chodzę już teraz do kina.

I ze spraw lokalnych - stowarzyszenie Singerowskie wyniosło się z siedziby Kolegium UMCS i spod kontroli sekretarza Zygmunta  do nowej siedziby.  Mała  rzecz a cieszy. Tymczasem jacyś kretyni twierdzą, że pogrzeb Tory to "zniszczenie zabytku". Czasem myślę, że dyplomowani muzealnicy sa gorsi od urzędników skarbowych albo jakiego (tfuj) ZUSU.

01:37, rapataplan
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 04 grudnia 2006
o piwie słów kilka

Oprócz mistycznych nieco odwiedzin Levocy odwiedziłem również Kraków a potem z powrotem na Słowacje. I sytuacja pierwsza. Pije sobie piwo Ale, dobre, ważone w browarze lokalnym jakims w krakowie - pije tylko dwa kufelki. I potem siadam sobie do obejrzenia meczu Wisła Basel. I zamawiam malenkiego żywca - i tylko usta mogłem zmoczyc, bo łyknac juz nie moglem tego pelnego chemii piwnopodobnego napoju.

Zeby odreagowac wycieczka na słowacje - a tam oprucz tmavego Sarisa, Primotor z Nachoda, Bernard, Topvar i wiele innych drobnych calkiem sensownych piw. Od dzis nie wezme (chyba ze z wielkiego prgnienia) do ust zadnego piwa z wielkich browarów. Oczywiscie kłamie - ale mozna miec marzenia. Słowacja to równiez duzy wybór serów ale jak zauwazylem o ile powszechna na Słowacji jest tych serów roznorodnosc o tyle jeszcze nie natrafilem na zadne mistrzowskie. To znaczy nie jadlem jeszcze ani razu słowackiej bryndzy ktora bylaby choc zblizona klasa do bryndzy Jędrka Stocha. ale z drugiej stony nie jadlem na słowacji nigdy bryndzy tak złej jaka sie czasem handluje w polskich sklepach. I jak to mawiał Woland - zielona bryndza nie istnieje - niech mi pan uwierzy - czy bufetowy uwierzył - nie wiem.

I ciekawe dlaczego zawsze jak zostaje sam na Słowacji zaprzyjazniam sie natychmiast z jakimis miejscowymi i zostaje zaproszony do ich domu - i zawsze ale to zawsze moi gospodarze maja odcieta przez komornika elektrycznosc? moze to znak jakis? Niemniej przy swieczkach ogladalismy kolekcje analogow i jedlismy swietne ciasteczka przygotowane przez Pania domu. Popijalismy slivoviczka, zagryzalismy serkami olomunieckimi najlepsze sa jak poleza cztery dni w cieple i robie sie nieco sliskie - oraz marynowanym hermelinkiem.

Dla rodziców przywiozlem za to likier morelowy, - wyglada slicznie sprobujemy go na swieta. Zauwazylem tez ze Słowacy jakos lzej marynuja grzyby niz robi sie to w kraju wierzby placzącej. no i jeszcze jedna refleksaj - wystarczy przejechac poludniowa granice zeby zjesc nieoszukane parówki, takie jaki śniły mi sie nieraz po lekturze Wiecha.

Tymczasem dziennikarze z Bilgoraja zdzwonili do Roberta Makłowicza w sprawie oleju lnianego - chwalil a jakze - ale kiedy pprosili o przepis odesłal ich do mnie - ze znam sie na tym lepiej. Ech nieiwle tak cieszy jak niezupelnie zasluzony komplement.

Dzisiaj chyba zrobie wyjatek od mojej nowej zasady i napije sie porteru - innego procz zywieckiego nie dostanie sie w moim miescie - pocieszam sie tylko tym ze jest rozlewany w Cieszynie - Własnie dlaczego w Zwardoniu -nie leją doskonałego piwa Brackiego? byłem niepocieszony, bo skazywało mnie to na kilkukilometrowy spacer za granice kazdorazowo gdy chcialem sie napic piwa - nawet zdazylem sie zżyć ze straża graniczna.

 

A to przestroga - tak wygląda człowiek po wypiciu kilkunastu świetnych piw, zjedzeniu kilograma korbacikow i dorwaniu sie do dosc kiepskiego ale niezwykle ekonomicznego  butla z wloskim winem stołowym

 

- smutne to i załosne na pozór ale tez i radosci życia w tym trochę 

 

19:22, rapataplan
Link Komentarze (2) »