O autorze
RSS
poniedziałek, 27 listopada 2006
Bobry

Obiad był dobry. Przy stole siedziało trzech Anglików z Shefield, nawet zaśpiewali starą piosenkę reklamową o piwie Double Diamonds. Potem poszliśmy z nimi oglądać żeremie bobrowe. Nad Złota Nitkę - nie za wielką rzeczkę. Uroczy niedzielny zachód słońca mimo listopada, na padoku konie, w stajnie też konie. A żeremia nie ma. Ktoś wziął i rozwalił, a drzewa wszystkie jakimś plastikiem opatulił. Te drzewa, które już nadgryzione były wyciął i zabrał. I po tamie bobrowej. I smutno i głupio trochę.

Czasu miałem mniej jakoś w tym tygodniu i w zeszłym, a jak już miałem czas, to zawsze jak nie przy stole to w knajpie. A że zasade mam, że po pijanemu nie piszę, blog leżał odłogiem.

Dlaczegoż to po pijanemu nie piszę? Choćby po to, by się w zacietrzewieniu nie zapędzić. Na przykłąd taki Dechnik Zygmunt (będę jak Katon - to niby obowiązek mój i tak go pojmuję względem "rzeczypospolitej lokalnej" <choć Dechnik pewnie i o Katonie nie słyszał> - jedyne czego się bede wystrzegał w tych wywodach to przynudzania - bo Katon właściwy - jesli wierzyć Greavsowi - nudny był straszliwie jak nie przymierzając Wojciech Jaruzelski). Tak więc Dechnik Zygmunt (sam się tak podpisuje - widziałem) mógłby spowodować nieracjonalny wzrost mojego zacietrzewienia. I na przyład zamiast rzeczowych argumentów, że to cham i kanalia mógłbym rzucić nieopatrznie, że to kretyn lub idiota. I tu by mnie miała sprawiedliwość. Jako że z medycznego punktu widzenia Zygmunt, choć  były pierwszy sekretarz w gminnym komitecie - idiotą ani kretynem nie jest. Za wikipedią bowiem cytuję; "Kretynizm, matołectwo, obecnie nieużywany termin oznaczający niedorozwój umysłowy ciężkiego stopnia powstały w wyniku wrodzonej pierwotnej niedoczynności tarczycy."  I cos jeszcze pisze o wrodzonych zespołach niedoboru jodu.

    Nie w sensie medycznym w żadnym razie nie jest kretynem ani Zygmunt, ani żaden z tych co go popierali.

A idiota? Coż to idiota?:  W wikipedii mamy zaledwie pare słów o idiotyzmie:

  1. Idiotyzm - nie używany obecnie ze względu na negatywne znaczenie w języku potocznym termin medyczny oznaczający niedorozwój umysłowy znacznego stopnia.
  2. Idiotyzm rodzinny - dawna nazwa choroby Tay-Sachsa


Niewiele to ale w żadnym razie nie można nazwać idiotą ani Zygmunta, ani - znakomitego przeciez menadżera i od kilku dni polityka Andrzeja Miazgi, ani Mirka Tujaka, który z radością  opuścił  Ligę Polskich Rodzin, by poprzeć  towarzysza sekretarza, ani Iwańca - młokosa jeszcze, który ucząc się pilnie od Zygmunta wytargował dla siebie wiceprzewodniczenie Radzie Miasta.

(Oczywiście z wrodzonego lenistwa nie sięgnęłem do innych źródeł. "niechaj czyta kto ciekawy" jak mowił nota bene dziennikarz do Czepca.) 

Wszyscy niby w pełni władz umysłowych, niektórzy znający nawet na wyrywki tabliczkę mnożenia niemniej ich decyzja wydaję się mówiąc z lekka nierozsądna. Mam dziwne wrażenie, że ze szklachetnego skądinąd porywu biłgorajskich biznesmenów jedyną korzyśc odniósł Zygmunt Dechnik. Korzyśc to mocno wymierna. Jako radny a zwłaszcza jako członek prezydium miejskiej Rady - prawdopodobnie etatowy przewodniczący nie będzie mógł być za skarby świata odwołany z szefowania kolegium UMCS w Biłgoraju. Nawet, gdy przez kolejne lata utrzyma się tempo spadku liczby studentów i poziomu nauczania. Dziwny to zaiste sojusz Dechnik, kilku, którzy zdradzili prawice i biznesmeni plus stronnicy burmistrza. Brak porozumienia z PO prawdopodobnie utrudni nieco, a na pewno uniezręczni wsparcie Janusza Palikota dla upolitycznionej teraz do granic możliwości Fundacji Biłgoraj XXI.

Skąd wyciągam wniosek, że upolitycznionej? - a proszę mi pokazać jakąkolwiek różnicę między uwiecznionymi na wideo negocjacjami Renaty Beger z PiS a "rozmowami koalicyjnymi" Andrzeja Miazgi z Iwańcem i Tujakiem. Szkoda, że w ciagu kilku dni politycznej kariery Andrzeja Miazgi jego edukacja przebiega śladami gminnego komitetu i sejmowego hotelu, zamiast wertowania na przykłąd podręczników Eton, czy innej szacowniejszej niż te które kończył Zygmunt Dechnik uczelni, lub choćby dobrej średniej szkoły dla "middle class".    

Najbardziej odpowiednim wytłumaczeniem dziwnego zaiste politycznego mariażu biznesmena z aparatczykiem  wydawało mi się zakochanie. No bo sprawdźmy czy niewątpliwe uczucie jakim Andrzej darzy Zygmunta pokrywa się z tą definicją:

"Zakochanie to stan osoby zakochanej, czującej miłość.

Charakteryzuje się obsesyjnymi myślami o tej osobie, pragnieniem przebywania z nią. W przypadku niedostępności obiektu miłości osoba zakochana cierpi.

Stan zakochania wiąże się z podwyższonym poziomem fenyloetyloaminy (PEA) i dopaminy, powstaniem nowych pętli neuronalnych oraz reakcjami fizjologicznymi na osobę, w której jesteśmy zakochani takimi jak pocenie się dłoni, przyśpieszone bicie serca (wynik działania adrenaliny). Te same reakcje wywołuje strach i stres. W nieco ponad połowie przypadków poziomy hormonów wracają do normy w ciągu 3-8 lat < a więc jest szansa, że przed upływem kadencji> (choć mogą również wcześniej) od momentu podwyższenia. W pozostałych przypadkach pojawia się nowy stan równowagi, za który odpowiada dopamina i serotonina, a który można określić jako przywiązanie. <i to byłoby prawdziwe nieszczęście>""

Niby to co czuje Andrzej do Zygmunta to nie zakochanie, ale przyznać muszę, że odczuwam pewien niepokój. A może i zazdrość :-)

 

 

23:12, rapataplan
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 13 listopada 2006
Remanenty

Pierwszy raz w życiu, a pewnie nie ostatni zważywszy na niepoślednią urodę spotkanych tam kobiet znalazłem się na szabasie. Jako osoba niewierząca wynudziłem się nieco, ale zauważyłem,że w odróżnieniu od świątyń katolickich nikt tam nie traktuje wiernych jak niedouczonych gówniarzy którym trzeba łopatologicznie coś tłumaczyć. Zresztą z całą pewnością uogólniam a ponadto ta wspólnota żydowska, którą spotkałem była zdaje sie wyjątkowa i kto wie czy gdzie indziej nie ma jeszcze nudniejszych  i prymitywniejszych kazań niż choćby w moim kościele parafialnym.

Usyszałem za to bardzo ciekawe słowa:

"Jesli nie masz powodu by się uśmiechnąć - połaskocz się" - słowa dotyczyły co prawda szabasu, ale myślę, że to ogólna prawda.

Ogólnie dochodze do wniosku że wieczór szabasowy to śliczna możliwość rozpoczęcia piątkowego wieczoru - wino, piękne kobiety, niegłupie jedzenie i interesująca rozmowa - plus dwa wykłady - pierwszy o polskich Żydach w Niemczech, drugi o sytuacji na Białorusi. I na koniec rozmowa między rabinem Schumanem, Dafne, jakimś profesorem z Waszyngtonu, Danielem i mną o stosunku do Żydów w małych polskich miasteczkach i o stosunku Żydów do małych polskich miasteczek. 

Dzisiaj za to wizyta u człowieka, którego ojciec siedział w UBowskim areszcie w Biłgoraju z ojcem mojego przyjaciela. Oprócz różnych wstrząsających opowieści - opowieść o wszechładztwie biłgorajskiego naczelnika UB, który z byle powodu zastrzelił sobie idącego na zabawę szwagra szefa powiatowego komitetu, niejakiego Józefa Dechnika. Dechnik- ten z pomnika nie tylko nie zapałał słusznym gniewam ale zatuszował sprawę.

Tymczasem Dechnik współczesny zwrócił się do naszego znajomego Daniela z amerykańskiej ambasady w następujący telefoniczny sposób:

"Słuchaj pod konsulatem stoi mój znajomy i czeka na wizę- pomóż mu." 

A ja już się obawiałem że zbyt pochopnie nazwałem chamskim zachowanie tego towarzysza.

I w tym miejscu chciałbym serdecznie podziękować Grzesiowi za dwa kieliszeczki pysznego gruszkowego sznapsa, a Danielowi za odwiezienie w kraine knajp warszawskich. Ja oczywiście jako abnegat wybrałem sobie prześlicznę spelunę na Powiślu, gdzie  litr piwa kosztował 8 zł, towarzystwo  było raptem 5 osobowe, a ja do rana mogłem monosylabami odpowiadać na pytania jakiejś bywalczyni strasznie ciekawej co to za ufo w mojej postaci wylądowało w tym miejscu tylko dla tubylców. Ale zniechęcił mnie tłum w okolicach jadłodajni filozoficznych i innych auror, tudzież czułych barbarzyńców. Nie dla mnie wszystkie mody świata tego. A może tylko brak mi pieniędzy i pozuję na indywidualizację. Któż odgadnie motywacje wyboru miejsc do  picia ?

Za to znakomitym miejscem do picia okazał się przegościnny dom Romka Góralskiego. Po spróbowaniu kilku win "czy  aby nie mdłe" - jak mawia nasz współtowarzysz Eugeniusz - dalszą część niezwykle interesującej rozmowy spędziliśmy przy  "denaturze z Tennessy".

A rano zrobiłem mrożone rydze, poddusiwszy je z masłem, porem, kapustą, garścią suszonego czosnku, pomidorów i papryki oraz kilkoma kroplami zacnej oliwy. Romek nie mówił nic, Gieno powiedział, że dobre.

 

01:26, rapataplan
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 06 listopada 2006
Koniec mojego miasteczka

To był bardzo deszczowy dzień. Szmulik, Yossi, Daniel, Dafne, Henia żegnali na cmentarzu żydowskim Torę. Zawiniętą w płótno składaliśmy ją do ziemi. Jak człowieka. Jedną Torę ojciec Szmulika i Yossiego uratował z pożaru Biłgoraja 9 IX 1939 roku. Może to była ta sama, może inna... Trzeba było ją pochować. Staliśmy na cmentarzu i patrzyliśmy jak niknie w ziemi historia naszego miasteczka. Z ludzi stojących nad grobem tylko Szmulik, jego kolega szkolny mecenas Dębowski, i jeszcze dwie panie pamiętały biłgorajskie czasy, gdy Tora królowała. Teraz jest tylko w księgach pamięci. I tam pod ziemią. W ksiądze pamięci Daniel znalazł wzmianki o swoich dziadkach. Niedługo juz będzie w Polsce, amerykańska służba dyplomatyczna przenosi go na Filipiny. Oki, tymczasem staliśmy na tym cmentarzu, chłopaki z Biłgoraja i ryczeliśmy ze wzruszenia. Dla mnie ten moment, kiedy z udziałem rabina, księdza i popa, żegnaliśmy Księgę jest jak symboliczny koniec naszego wstydu. Czytałem w Księdze Pamięci, jak rok po wojnie dwóch żydów przyjechało ze wspólną misją do mojego miasteczka, by grzebać zmarłych. Nikogo już nie obchodzili, nikogo przez wiele lat. za to się wstydziłem. Teraz kiedy czytam maila od Daniela wiem, że mój wstyd się skończył. Że jest możliwa przyjaźń. I że razem z Torą zakopaliśmy biłgorajską nienawiść. I niech sobie szczekają co chcą. A oto króciutki list Daniela:

"serdecznie dziekuje wam za dzisiaj...nie mam wystarczajacych slow....to
bylo po prostu zaszczyt.

(thank you so much for today...I don't have the proper words to express
how I feel...it was simply an honor)"

 

i wietrzeje ze mnie wódka, którą przez te kilka dni piliśmy za nasze spotkania

09:56, rapataplan
Link Dodaj komentarz »
piątek, 03 listopada 2006
Sprawy lokalne

Dzwoni wczoraj wieczorem do mnie jeden z biznesmenow. To ja namawiałem go na udział w zakladaniu Fundacji, ktora miała i ma do tej pory budowac sliczne drewniane miasto, na kształt tego co bepowrotnie stracilismy w wojnach i komunizmie. Przepiękny gorajski rynek został rozebrany w latach siedemdziesiatych. Tymczasem Fundacja umieściła w jednym z okręgów Zygmunta Dechnika na pierwszym miejscu wśród swoich kandydatów do Rady Miejskiej. Tak, nie jestem przeciwny temu, by Fundacja również zajmowała się lokalną polityką. Mogę nawet i pewnie kiedyś to zrobię przedstawić wiele zarzutów i postulatów jakie mam do obecnych,przeszłych i przyszłych władz komunalnych. Niemniej jestem absolutnie przeciwny, by w życiu publicznym i to z namaszczenia wielu dobrych ludzi uczestniczyły dalej kanalie tego typu co rzeczony towarzysz. Tak więc biznesmeni dzwonią, że nie wiedzieli i pytają się co robić. No cóż Dechnik na pierwszym miejscu to jak mówi się "dziecko urodzone na skutek zapuszczenia ciąży."

Kim jest ten pan co samą swoją obecnością wywołuje taki niesmak. Cóż to typowy partyjny aparatczyk, którego za arogancję i chamstwo wyrzucono nawet z SLD. Oczywiście będzie się bronił  tym, że udało mu się złożyć rezygnację na kilka minut przed głosowaniem wniosku o jego usunięcie. Kilku szacownych ludzi w tym Tadeusz Kuźmiński i Andrzej Miazga bronią Zygmunta twierdząc, że jest skuteczny. Jest to skuteczność szczególnego jednak rodzaju. Skuteczność naciągacza i chama, który nie cofnie się przed metodami, jakie większości ludzi wydałyby się ohydne i absolutnie nie warte spraw, o które się walczy. Przeciez nie idzie o "ojczyzny ratowanie" a jedynie o rozdział stołków. Taki to z Zygmunta wioskowy Machiavelli - niestety nawet bez dziesiatej części erudycji Włocha. 

Tfuj nie moge patrzeć na plakaty z czerwoną, bezczelną gębą Towarzysza Szmaciaka. Może to tylko uprzedzenie. Może nie lubie pożyczek na głowie a'la Łukaszenko?

I tak jak mówił Michnik - amnestia tak - amnezja nie. 

11:48, rapataplan
Link Komentarze (1) »
czwartek, 02 listopada 2006
Kompleks polski

Kiedy maszeruje się między turyńskimi stoiskami salonu smaku, kiedy widzi się tysiące serów, setki grapp, dziesiątki piw, miliony czekolad, pesta, wędliny, kremy pistacjowe, lody, esspreso, karczochy, oliwki to smutno się robi że u nas tego tak maluteńko. I pomaga co prawda pokrzepienie privat kolekcją Karola Majewskiego. Odnotujmy:

1 szła wiśniowa z wędzoną śliwką

2. agrestówka aksamitna

3. smorodinówka

4. wiśniowa z tłuczonymi skorupami orzecha

5. żurawinówka - inna troszkę niż biłgorajska jakaś taka klarowniejsza, bardziej subtelna, mniej wyrazista ale przeciez dobra

6. malinówka aksamitna zupełnie

7 jeśli którąś pominęłęm przepraszam - ale ostatniej wprost nie mogę się doczekać, na kwiatach jaśminu robionej

Jeśli wypiło się kieliszeczek destylatu z Krzeszowa. Jeśli spróbowało się dziesiatków niepasteryzowanych piw, dziesiątków grapp. Jeśli przed odjazdem kubeczek miodu od Maćka Jarosa (zacnego półtoraczka z winogronowym sokiem). Jeśli w nocnym Bra zdrowie urodzinowe Jacka Szklarka nie słabym przecie winem czerwonym się wzniesie. To widać.

A widać, że i u nas cudowne produkty robić umieją. Ale żeby je na bogactwo przerobić to trzeba naszym producentom włoskiej dumy troszkę i radości życia jeszcze więcej. Bo trzeba widzieć gęby Włochow na stoiskach a dziesiątki butelek wina po kątach porozrzucanych już pustych i pełnych przecie albo wpół pełnych na stołach. I wszędzie radość i wszędzie rozmowa. Stoisko Iranu tylko było smutne mimo, że i kawior mieli i szafran.

Ot póki w Polsce polmosy tylko wódeczności robić mogą, nie będzie w kraju naszym dostatku.

Ot do czego człowiek dochodzi po zacnych trunkach.

14:57, rapataplan
Link Dodaj komentarz »
środa, 01 listopada 2006
Powidła z Krzeszowa

Dowiedziałem się o nich od Romka Sokala, który jest Krzeszowianinem z urodzenia - urodził się i mieszka czasem w pobliskim Sierakowie. Jest również Krzeszowianinem z wyboru - ma już na miejscowym cmentarzu swoje "prominentne" miejsce. Romek żyje i ma sie dobrze, jest mocnym lokalnym patriotą. Uważam zatem za ogromny zaszczt, że zwrócił się do mnie bym zainteresował się jego Krzeszowem. Nie wiem ile dziesiątków lat smaży się w Krzeszowie powidła z węgierek (wiem, że na pewno ponad 150), nie wiem ilu ludzi się para tym smażeniem (wiem, że w Krzeszowie nikt juz nie wyrzuca starych miedzianych kotłów a niektórzy obstalują nowe) - ale wiem na pewno, że po wsze czasy ikoną krzeszowskiego powidlarstwa pozostanie dla mnie Stasio Kutman. I oby pozostał nią dla świata całego.

Świata całego? Czy przesadzam? Broń Boże? Toż to ledwo dziś w nocy wróciłem z Salone di Gusto w Turunie, gdzie razem ze Staszkiem przyglądaliśmy się reakcji świata na nasze smakowitości. Mówię naszę, bo sam też kilka razy zamieszałem w wielkim miedzianym kotle, i troszkę się z tymi powidłami ojeździłem w strony rozmaite, by dla różnych ludzi przestały być one anonimowe. Sukces osiągnęło sie połowiczny. Jacek Szklarek ciągle jeszcze na Krzeszów mówi Kruszewo, ale poleca powidła dookoła mówiąc, że prawdopodobnie są najlepsze na świecie. Sporo osób mu wierzy, nie tylko z racji osobistego wdzięku Jacka i jego daru przekonywania ale takze z respektu przed jego funkcją prezesa polskiego Slowfoodu.

A same powidła cóż - węgierki moga być tylko z Krzeszowa - no góra z Kamionki, Kustrawy czy Bystrego, kocioł ma być miedziany, w żadnym wypadku nie może do niego trafić cukier czy cokowiek co nie jest śliwką, no i miesza się długo okropnie. Nie mniej niż dwanaście godzin. Miesza się w przednim towarzystwie. z jakąś zakąską, nie na sucho naturalnie.

A wyglada to mniej wiecej tak jak na tych zdjęciach: zrobionych przez Przemka Krzakiewicza w Krzeszowie

Wszystkie zdjęcia sa wyłaczną własnością Przemka Krzakiewicza/visavis.pl i dorwę tego kto je bez jego zgody wykorzysta :-)

14:36, rapataplan
Link Komentarze (7) »