O autorze
RSS
poniedziałek, 07 lutego 2011
Oj przypomniał się stareńki wiersz
Tokay

A cały jestem takim wielkim nie wiem czym
I nie wiem pewnie czy wielkim
Pewnie malutkim
Świat, to dużo powiedziane, świat
Precyzyjniej
To co widzę ze świata
Składa się z bólu
Ze śmiechu
I obrazów
Najwięcej nocnych obrazów
Ciemnych bo złodziej księżyc nie chce świecić
W Sanie z ogromnym pluskiem zniknął wielki czarny bóbr
Za Limanową dureń chciał kopnąć obłoki
Po Zoltanie zostało tylko puste biuro
Piter Molnar właśnie pojechał do Moskwy
Za oknami winiarni szary grudzień idzie
Z kieliszka sześć puttonów powoli wyłazi 
Aszu, koszyk po koszyku
Wypełniają mi głowę
Serce tłoczy krew jak młode wino
Wiem, że w nocy mi się przyśnisz
I teraz tylko zanim oczy zamknę
Uporczywie myślę
Nie chcę byś płakała
Po wszystkim


12:29, rapataplan
Link Komentarze (3) »
wtorek, 01 lutego 2011
Wreszcie

Wreszcie mam chwileczkę spokoju, od jesieni towarzyszy mi jakieś wielkie, wielkie zmęczenie. Moje szwędactwo doprowadziłem do absurdu, z uszkodzonym kręgosłupem, z gorączką, w ciągu jednej doby biegnę z Płocka do Ostrowa, a z Ostrowa (o jakże fatalna karta win w hotelu  Komeda)  na Śląsk, by pić tam do rana, potem na chwile do Czeskiego Cieszyna, potem pod Poznań,  by zobaczyć jak Real przegrywa z Osasuną . Dziś jestem w Czersku, czas leczyć kręgosłup, może i wyleczę. Tymczasem rozbitą jak na zrazy wołowinę duszę z wędzoną słoniną i suszonymi grzybami, tymczasem nastawiłem gęsie żołądki, tymczasem odkryłem, że w tutejszych sklepach można kupić całkiem przyzwoita okrasę. Jak tylko wyzdrowieje troszkę pojadę do Lwowa, a potem do Egeru i Budapesztu. Tymczasem męczę jakąś kartę dań. I to męczę już dziesiąty dzień, niską mam bowiem wydajność.

Ale jak tu mieć wysoką wydajność, jak w lokalu katowickim „Lorneta i Meduza” podają  czystą, żołądkową gorzką. Ja takiej wódki, składającej się z samego marketingu i odrobiny chemii nie jestem w stanie wziąć do ust. Piję więc w tym katowickim, bo nijak nie śląskim naśladownictwie warszawskich Przekąsek– obecne tu na szczęście Brackie, o tej porze roku niegłupie piwo, a potem pije Tuschera weizena, a potem to już w czeskim Cieszynie małego Radegasta, a 8 godzin później w Poznaniu małego, tego rozlewanego w Pilznie pilznera. Wieczorem kieliszek dobrego wina z południa Korsyki i ślicznie bezpretensjonalne bordeaux  superior, takie owocowe, takie co to nadaje się do każdego jedzenia, pod warunkiem, że pije się go dużo. Radosne wino. Śni mi się potem jakaś nastolatka o rysach Yasmine, poznanej przed laty Francuzki algierskiego pochodzenia, i wiele jeszcze innych kobiet, których nie kojarzę z nikim. I jakaś rzeka, którą znam i zarazem nie znam.

Budzę się zmęczony, duszę wołowinę, jak będę się dobrze czuł pójdę do Bratka,to taka tutejsza mordownia, prawdopodobnie w pożydowskim domu, drzwi ślicznie bowiem są wkomponowane w narożnik.

I przypomina mi się nieszczęsny biłgorajski kirut, i jak wiadomo powszechnie nie mający (sąd to potwierdził) nic wspólnego z neoszmalcownictwem  Artur Bara. Przecież  on już to wszystko załatwił, przecież  jest już dobrze  i spokojnie, a tamte kości, koparki, plany zagospodarowania to była tylko senna mara…

Wracam do pisania o proziakach.

13:20, rapataplan
Link Dodaj komentarz »