O autorze
RSS
niedziela, 20 stycznia 2013
O drzewach
Przy drodze Pamiętam bardzo upalny dzień. To było w okolicach Jawora. Pewnie sierpień. Mieliśmy wtedy wszyscy po naście lub po dwadzieścia parę lat. Ja miałem 18. Wakacyjni hippisi. Szliśmy drogą aż pomarańczową od słońca. W nogach mieliśmy ucieczkę przed skinującą Legnicą a w żołądkach dokuczliwe vacuum. Najpierw szliśmy wśród ściernisk, potem próbowaliśmy żuć cukrowe buraki. To żucie nie redukowało głodu, za to wydatnie zwiększało podciśnienie w żołądku. Nie wspominam o wrażeniach smakowych, które skutecznie usunąłem z pamięci. No czasem mi się śnią i nie jest to sen przyjemny. Potem trafiliśmy na pole kapusty. Też przemilczmy. Zanim dotarliśmy do indiańskiej wioski, gdzie żołnierze nakarmili nas pieczonym w ogniu boczkiem i napoili piwem - naprawdę indiańską wioskę organizowali żołnierze - wytęskniliśmy się dziko za przydrożnymi drzewami owocowymi. Skąd je wziąłem do tej swojej tęsknoty. Teraz znam ich tyle, z setek dróg mitteleuropy. Ale wtedy? Wtedy chyba najbardziej lubiłem dwie czereśnie z Branwi. Stały tuż za starym gościńcem. Po prawej stronie asfaltówki na Chrzanów. Wzdłuż tej asfaltówki paśliśmy krowy. Czasem wchodziło się na nie, częściej zrywało się owoce stojąc na ziemi, czasem dziadek zwyczajnie odrąbywał gałąź. Teraz, w środku zimy, oddałbym chyba nawet zöltveltliner ászu od Imrego Kalò byle tylko poczuć te słońce i skosztować tych malutkich owoców, zwykle jedliśmy je pospiesznie zanim dojrzały, ścigając się z własnym apetytem i szpakami. Dziesięć lat temu stały te drzewa jeszcze, czy stoją do teraz, nie wiem. Prawie jedenaście lat temu kosztowałem też po raz ostatni poziomek rosnących na zboczach starego gościńca. Pamiętam ten dzień. Jechałem stopem z Biłgoraja do Lublina. Trafiłem po drodze na gorajski rynek. Był początek lipca, upał. Kilka dni po finale mistrzostw świata. Brazylia wygrała 2:1 z Niemcami. W Goraju na rynku, stał autobus do Janowa, przez Branew. Co się będę telepał do Lublina pomyślałem. Odwiedzę dziadków, pospaceruję sobie. Po dwudziestu minutach idę, w spiekocie i kurzu, duszno, nie przez przełazki, jak dziecko, ale od tyłu od strony tytoniowych suszarek i stodół. Mijam sad, gdzie nie ma już jabłonki pod którą w sierpniu 1971 roku moi rodzice świętowali swoje wesele. Nie ma wielkiej czereśni, na którą nawet po owoce rosnące na najniższych gałęziach trzeba było włazić na drabinie. Nie ma ulęgałek, nie ma rzadko rodzącej koszteli, nie ma leszczyn przy piędziowym płocie. Nie ma złotej ni szarej renety. Są niewielkie drzewka bardzo słodkich wiśni posadzone pod koniec lat osiemdziesiątych, są resztki tamtorocznych truskawek. W domu nie było nikogo. Posiedziałem na progu i poszedłem dalej. Na stary gościniec. Czereśnie, poziomki. Spacer w strone starego cmentarza, wielka pełna wtedy jeszcze niedojrzałych owoców malinówka. Zdziczałe wiśnie przy makowskim dole. W strone Sap rośnie ogromna gruszka. Skąd mi się gruszka wzięła w lipcu nie wiem, może to spacery różne skleiły się ze sobą jak lepkie od owoców palce. Jaki to był cudny spacer, pełny schylania się, sięgania, naginania gałęzi. Rozglądania się. Pełny soku z dojrzałych intensywnych owoców, pełnych wspomnień, skojarzeń. Jedzonych do bólu brzucha i otumanienia zmysłów. Ile to było lat temu, gdy paśliśmy krowy, gdy bawiliśmy się rzucaniem niedojrzałych jabłek. A później ta ziemia starego gościńca, pachnąca roztartymi poziomkami, gliną, piachem i lessem, rozgrzanymi w słońcu kamykami, świerkami z sąsiedniego lasu, pachnąca piękną dziewczyną. Oj jak ja bym taką jedną zaprosił tam teraz na spacer. Jakbym sobie usiadł patrząc na dalekie dachy, na wielkie dęby przy polnej drodze na Godziszów. I na nią bym patrzył, łapczywie jak na te piękne poziomki. No ale z planem tym zaczekamy przynajmniej do wiosny. Tamtego lipca zaś ruszyłem dalej, przez Sapy, w kierunku Goraja. Chmury zebrały się szybko. Ciemno się zrobiło w momencie, lunęło tak, że przemokłem calutki, przemokły moje plany i moje kontakty skrupulatnie notowane w pięknym kalendarzu, który dostałem w prezencie od zaprzyjaźnionego basisty. Kartki po prostu się skleiły a potem rozpłynęły. Ja też prawie się rozpłynąłem. Siedziałem na błotnistej miedzy. I kuliłem się z każdym uderzeniem pioruna. Nie trafiły. Do Goraja doszedłem wraz z wodą, która w tamtym kierunku spływała, by wpaść do Białej Łady, a potem Tanwią do Sanu. Nic kurde balans nie załatwiłem. Do Lublina nie dotarłem, przemokłem a byłem szczęśliwy, tą szczeniacką radością małolata biegającego po deszczu. W rynku w Goraju można było wtedy napić się piwa janowskiego. Nie ma go już. Wtedy było, a może tylko chciałbym żeby wtedy było w tej knajpie. A może tylko piłem perłę lubelską. Przecież to był czas zanim przekląłem ten browar i tą korporację, co haniebnie zamknęła mi browar w Zwierzyńcu i co wykosiła z rynku browar z Janowa. A janowskie piwo, pamiętam je jeszcze z dębowych beczek, miałem kilka lat, gdy kosztowałem go w sklepie mojej prababki w czasie odpustu w Dzwoli. Jak ja bym chciał ten smak poczuć. Tą gorycz, tą słodycz, tą jęczmienną kwaskowatość. Ten chłód... Ale nie o piwie. Teraz też mam taką sentymentalną drogę owocową. Końcem sierpnia łażę sobie czasem na piechotę z Topolna do Gruczna. Po drodze śliwki, kosztele, dziesiątki jabłek których nie znam. A w lipcu, świtem podkradam z takiej jednej posesji czereśnie. Wcale się tego nie wstydzę. Mgła sunie znad Wisły, wilgoć ciągnie od źródełek św. Rocha, ptaki drą się niemiłosiernie na cmentarzu, wschodzące słońce nieśmiało liże mnie po łapach, a ja jestem szczęśliwy, że są jeszcze przydrożne owocowe drzewa, że można się czasem cieszyć jak dziecko.
11:50, rapataplan
Link Komentarze (1) »
środa, 16 stycznia 2013
O Ukrainie częśc nie wiadomo juz ktora, tekst powstal w sierpniu
 
Nie wiem czemu, ale myśląc o Ukrainie zawsze wspominam pełną dziur drogę ze Lwowa do Stanisławowa. Jadąc marszrutką czy autostopem widziałem gdzieś po lewej stronie, nad górami, których nazwać nie potrafię, wielkie orły. Nie wiem, nie śmiem pytać, co te ptaszyska piękne mają symbolizować w tej historii.
Ludzie w pociągu, oczywiście wiedzą co to Stanisławów, ale mówią już "do Frankiwska". Nie wiem, nie znam setek historii, stoję przed nimi z ciekawością Kischa ale z jakimś ogromnym brakiem czasu. A przecież teoretycznie łatwo sprawdzić jak mówili o Stanisławowie jego mieszkańcy, pewnie mniej łatwo, ale można sprawdzić, jak na to mówienie reagowały władze, może jest jakaś wzruszająca historia o dziecku wyrzuconym ze szkoły, albo choć postawionym do konta, za używanie nazwy niesłusznej.
Tak łatwo wypowiadamy się o Ukrainie, a nie wiemy nawet tego... Trochę nie chcemy, trochę się boimy. Jak patrzę ma twarze Ukraińców w autobusie, to czasem, grzesznie myślę sobie - czy ktoś o takiej twarzy mógłby roztrzaskać niemowlę o cegły domu... O takich dobrych oczach, tej poczciwości ogromnej...
Ukraina to demon na demonie, niezrozumienie ogromne. Wczoraj, kiedy o północy dotarliśmy do Rachowa, strasznie spodobał mi się pomysł jazdy marszrutką. No skąd ja, pacan miałem wiedzieć, że ta północna marszrutka odwozi po prostu ludzi z wesela, i że nie pojedziemy na Ług ale na Ługi. Cóż było z nami zrobić, na Ługach przenocowała nas dobra kobieta z marszrutki, przepraszała za bałagan, właśnie pochowała swoją 93 letnią matkę, tu w tym pokoju, gdzie będziemy spali była stypa, a ona wraca z wesela, pogrzeb i wesele w jednym dniu, o tu korowaj.
I te pyszniutkie ogórki na śniadanie, ten szczypior pachnący... Korowaj zamiast chleba. Herbata z malinami. Nic nie rozumiem...
Moje ulubione Kafe we Lwowie to Wareniki. Przy Łyczakowskiej, ale Polaków tam nie widuję. Wbiegają szybko na cmentarz, zbiegają szybko z cmentarza. Tymczasem podają tu takie pierożki, które unieważniają naturę konfliktów polsko-ukraińskich. Można siedzieć w tym kiczowatym wnętrzu i rozpływać się. Pić susz, jeść pierożki i piękne sało, patrzeć jak kucharki wnoszą do akwarium ozory w galarecie. 
Gdzieś przy Słowackiego, bo ciągle jest we Lwowie ulica Słowackiego, jest mój ulubiony sklep spożywczy, z dwoma, trzema stoliczkami, gdzie można wypić wódkę, zjeść kanapeczkę ze śledziem, zagryźć pomidorkiem. Posłuchać opowieści... Czasu nie ma na tą Ukrainę. Pędzimy przez nią, a właściwie wleczemy się marszrutkami, wciąż pod górę, wciąż w tłoku... 
Może i Ukraina umiera ale nie widać w niej tych ubytków, zabliźniają się niesamowicie. Nie widać braku 80 tysięcy Żydów z Czerniowiec, nie widać braku Żydów z Huculszczyzny. U ostaniego Żyda- Hucuła, w Werchowinie, znaczy w Żabiu na półce masa książek i portret Bandery, na ścianach zaś święte obrazy. Wasyl zaś uśmiechnięty a z nim pies Tomasz i kot Neron. Pies Tomasz ma charakter, obraża się znaczy, kiedy usuwa się go z miejsca przy stole. Na Magurze, w samym sercu huculszczyzny każdy kawałeczek łąki ogrodzony, płot, drut kolczasty, jaki to kontrast z Kobylą Górą i cudowną Rosiszką, wioską z bajki, gdzie nikt płotów nie stawia a drzwi chat stoją otwarte na ościerz. "Chodźcie, nazrywajcie gruszek sobie, a tam też śliwa rośnie, chodźcie wody ze studni popijecie..." a stojąc pod śmietnikowo-przystankową wiatą, chroniąc się przed burzą, słychać po wsi czwarty dzień wesela, bo to wtorek. Buczy bęben, nie baczy, że pioruny biją.
Wreszcie Krasnoszora, Stara Huta, czy Alte Hute. Strasznie splątane miejsce, jechaliśmy tam teraz rumuńską taksówką, z dziwnym dość ołtarzykiem pośrodku i świeżymi kwiatami w okolicach ręcznego hamulca. Na przedniej szybie, ciekawe czy od Euro, czy wcześniej, kierowca zamocował ukraińskie flagi. I wspinamy się pod górę w półasfalcie,w białym żwirze. Stajemy pod polskim kościołem, innego tu nie ma, w wiosce prawie sami Polacy, chociaż dzieciaki mówią po ukraińsku, dzwonią do siebie, że wasza krowa poszła nie tutaj, nie trafiła głupia z pastwiska, bo tu w Krasnoszorze krowy wracają do domu same z pastwiska nad Dubuckim Uroczyskiem. Jak dzieci się dobrze uczą, to ksiądz zabiera je na wycieczki do Polski. I na Łysą Górę trzeba iść, stamtąd Czerniowce widać, a za nią, za nią, i za jeszcze jedną górą są jaskinie ludzką ręką wykute, wielkie. I tam młodzież chodzi, obozuje, szaszłyki piecze, ale rzadko. Rysie tam mieszkają i niedźwiedzie, ale one człowieka boją się, uciekają, rzadko widzą, choć ojciec Fabian kiedyś prosto na niedźwiedzia wyszedł to tamten nie przestraszył się, ani ojciec ani niedźwiedź, stali tak sobie, patrzyli się na siebie i rozeszli się, każdy w swoją stronę.
Jaskinie te budował podobno Kozak Dobosz, łupił on niemiłosiernie Turków, Rumunów(?sam się dziwię) i Polaków i tu w komysze bukowińskie zwoził łupy. Na wsi domy duże, drewniane, pomalowane farbą, czasem zieloną, czasem niebieską, niektóre nawet mają jedną czy dwie ściany okutane sidingiem. Przy domach sady, gruszki smaczne, jabłka na początku sierpnia zielone jeszcze, śliw niewiele ale soczyste bardzo, lasy pełne jeżyn i grzybów. Studnie głębokie, kamienne, nie betonowe po kilkanaście metrów. Mleko takie, że żyć się chce, dobry chleb. Nie słychać telewizorów, nie słychać umca umca z samochodów, ludzie siedzą pod sklepami, piją, rozmawiają, przyganiają krowy, o siódmej rano w marszrutkę i na targ do Starożyńca. Przejechaliśmy tysiąc kilometrów, by poczuć się jak na polskiej wsi z lat 70 i jednocześnie na końcu świata. Dom drewniany, chłodny w letni dzień, pełen tajemnic. Gdyby łóżko było wygodniejsze a psy nie takie nadwrażliwe i nie obszczekiwałyby nocą każdej spadającej gruszki wracalibyśmy tu często. A tak... Będziemy tęsknić mocno ale platonicznie. 
Ale o jednym miejscu w Karpatach Ukraińskich nie napiszę gdzie jest, bo jeszcze zaczną przyjeżdżać tam ludzie. Znaleźliśmy chatkę. Stoi na grzbiecie solidnej góry, w środku dwa proste łóżka, wilcza skóra i piec. A otwierając klapę w podłodze sięgamy śmiało ręką i wyciągamy butelkę schłodzonej do 11 stopni Celsjusza wódki. Popijemy wodą z kryniczki. Za zdrowie Ukrainy. Za tęsknotę.
01:17, rapataplan
Link Komentarze (1) »