Zakładki:
Groch z kapustą: bez urazy
|
poniedziałek, 02 listopada 2009
Jak tu żyć w Biłgoraju bez Palikota?
I nie chodzi tylko o jego podatki. Otóż od kiedy Janusz Palikot wyprowadził się z Biłgoraja nie ma komu zadawać pytań o rzeczywistość. Albo wnioskować o rzeczy rożne. I tak wielbiciel Gombrowicza zajął się rzekomym alkoholizmem Lecha Kaczyńskiego, żądał zaświadczeń lekarskich. A kto?, no kto zażąda w naszym - znaczy mieszkańców Biłgoraja imieniu - szczegółowych badań lekarskich burmistrza Janusza Rosłana. Co bowiem robi zdrowy człowiek kiedy ma urlop? Jedzie gdzieś, albo idzie do lasu, albo zamyka się z baterią butelek w domu. A burmistrz nie. Burmistrz kupuje farbę, wkłada ogrodniczki, pożycza z Gospodarki Komunalnej (albo od znajomego) drabinę i - uwaga: maluje osobiście gabinet. Fakt może to pomyłka. Może Rosłan przyrósł do swojego stanowiska jak niegdyś Krzaklewski. Może chce się nacieszyć gabinetem, bo lęka się zbliżających wyborów. Spędzić w nim każda chwileczkę, jeszcze raz obcałować ulubione biurko... popieścić kaktusiki, zwierzyć się państwowemu godłu...? Ja go trochę rozumiem. Ale z punktu widzenia podatnika, lepiej chyba jeśli burmistrz wygrzewa się z urodziwą żoną na Karaibach niż straszy interesantów w pochlapanym farbą drelichu. Zwłaszcza, że jak go znam, to przez lata będzie niewdzięcznym mieszkańcom te parę puszek farby i swój zmarnowany urlop wypominał.
Wspomnienie o Maćku
Z bożonarodzeniowej drzemki wyrwał mnie telefon. „Przygotuj się na szok. Umarł Maciek” Poczułem się jak sierota.

Zanim poznałem Maćka szczerze mówiąc nie miałem pojęcia o tym kim
naprawdę jest. Z telewizyjnych migawek, opowieści przyjaciół czy
opowieści ludzi z branży niemal zawsze podszytych zazdrością wyłaniał
się obraz niejasny. Szczerze mówiąc nie czytałem jego książek i nie
uważałem go za kulinarny autorytet. Moje postrzeganie zmieniło się
diametralnie gdy zobaczyłem i przejrzałem „Kuchnię rzeczpospolitej
wielu narodów” – osłupiałem. Nikt i nigdy tak wyczerpująco,
kompetentnie i praktycznie nie opisał naszej kuchni. Nie wiesz jak
zrobić kluski śląskie – zajrzyj do Kuronia, szukasz pomysłu na bażanta
– Kuroń – marynata do baraniny – Kuroń. No
nic, na pewno jest niesympatyczny i zarozumiały myślałem
usprawiedliwiając się przed sobą z tego, że do tej pory nie poznałem
tego człowieka. Okazja nadarzała się w Janowie Lubelskim. To były
Janowskie Gryczaki – święto gryczanej kaszy. Maciek siedział za stołem,
podpisywał książki, przed palącym słońcem schował się pod namiot.
Zaanonsowany wcześniej telefonicznie, przedstawiłem się, pogadaliśmy
chwilkę o specyfice regionu i Maciej zaproponował bym zaczął pisywać na
jego stronie internetowej. Tymczasem wysłał mnie na zakupy. Wysłał? Tak
Maciek według słów naszego wspólnego przyjaciela Jacka Kleyffa był jak
cygański król. Król życia. Na
zakupy ruszyłem z Jasiem Kuroniem najstarszym synem. Moim zadaniem było
wskazać wśród licznych stoisk festynu produkty najbardziej wartościowe.
Już dwadzieścia minut później siedzieliśmy w knajpce z Jasiem popijając
znakomite piwo z browaru Janów Lubelski. – Spokojnie pokaz mamy o 19 –
uspokajał Jasio kiedy pytałem się czy zamawiamy następną kolejkę. Jaś
mylił się szpetnie. Już z daleka od placu gdzie odbywały się Gryczaki
słychać było donośny ryk Maćka: „Jaaaaaasiuuuuuuuuuuu!!!!! Gdzie
jeeeesteeeeeś!!!!” zwielokrotniony przez nagłośnienie janowskiego domu
kultury. Cóż Jaś pomylił godziny, a że przy sobie miał kluczyki do
samochodu, w którym znajdowały się garnki i produkty potrzebne do
pokazu to Maciej przez pierwsze dwadzieścia minut pokazu zabawiał
publiczność gawędą licząc że Jaś się przedziera w jego kierunku, potem
delikatnie apelował a potem zwyczajnie stracił cierpliwość i pozwolił
poznać janowiakom donośność swojego głosu. Pokaz się skończył, zbierałem się do powrotu do domu gdy zadzwonił telefon: „Gdzie ty jesteś? My tu siedzimy za sceną i mamy świetne pieczone jabłuszka faszerowane kaszanką” I tak oto zostałem przyjacielem Maćka. Scena
pół roku potem. Okres przedwielkanocny. Przedzieram się przez lasy w
okolicach Milicza, postawiwszy na nogi całe nadleśnictwo miejscowe by
odnaleźć Maćka, który umówił się tam ze mną po drodze, kupując dzika
zostawił w Wielkopolsce telefon. W końcu ja dodzwaniam się do Giena,
Gieno do Asi – żony Maćka, Asia do jakiegoś
znajomego a ten do kogoś kto akurat z Maćkiem tam jest. Około 22
docieram do domku w środku lasu. I usłyszawszy sakramentalne „lepiej
gościa zabić niż go nie nakarmić” – siadam przy
stole, który jest jednocześnie stołem biesiadnym i warsztatem pracy.
Obieramy czosnek. Tak się zawsze zaczynała każda nasza wspólna wyprawa.
Kilogramy czosnku do obrania. Maciek nie dodawał czosnku chyba tylko do
herbaty, a że mieliśmy przed sobą kilkudniowy wyrób kiełbas było dobre
kilka kilogramów do obrania. I rozmowy.. - Maćku czy Piotrek Topiński opowiadał Ci… - Piotrek wszystko mi opowiadał, w stanie wojennym byliśmy razem pod celą. I
śpiewanie Kleyffowych piosenek. Potem w czasie pogrzebu Maćka jeden z
jego przyjaciół powie, że całe Maćka życie było zawarte między dwiema
piosenkami Kleyffa – „Ogryzkiem” i „Żródłem”. To w „Źródle” pada zdanie – „możesz nie rozumieć mnie, lecz błagam nie zrozum mnie źle”. Pierwsza nasza wspólnie zrobiona potrawa; –
Patrz Kudłaty – mówi Maciek – ile zostało tego farszu do kiełbasy może
byś tak zrobił karminadle. To zacząłem robić te karminadle, Maciek
ciągle się wtrącał, potem zaczął sam coś siekać zaczęliśmy dyskutować i
tak od cebuli do kiszonego ogórka, garść grzybów i tak wyszedł nam
…żurek z pulpetami. W
nocy słyszałem jak Maciek krzyczy przez sen: „Na Mahometa więcej
pieprzu!!!”. Wiedział wszystko i potrafił wszystko dlatego szczególnie
dumny byłem gdy potrafiłem mu pokazać jakieś kulinarne szczególiki,
których nie znał, czy to z mojego Roztocza czy z Czech lub Węgier. Teraz
chyba właśnie najbardziej brakuje nam jego wiedzy, całego tego
wtrącania się. Jedna z pierwszych refleksji po jego śmierci to „a kto
nas będzie ochrzaniał i poprawiał?”, liczyłem też na jego pomoc i poradę przy tegorocznym Festiwalu Smaku w Grucznie. No cóż… Szczególne
miejsce w życiu Maćka zajmował dom. I budynek i rodzina. O tradycjach
rodzinnych i galerii malowniczych postaci pisał w tym miejscu nie będę.
Napiszę za to o domu w Izabelinie. Kiedy wprowadzali się tam z Asią dom
rósł samotnie wśród lasu, bez drogi. Potem pojawili się sąsiedzi
wreszcie obrósł willową wioską. Ale nic to. Na sporej działeczce stoi
dom, wędzarnia, miejsce do gry w piłkę, jakaś szopa. Od strony podwórka
wchodzi się przez „stołowy” taras . Opis domu zacznę od piwnic.
Najpierw Burkina Faso – pomieszczenie telewizyjno rozrywkowe. Tu stoi
perkusja i gitary najmłodszego syna Kacpra, tu starsi Kuba i Jaś
oglądają mecze, tu nastoletnia Gajka przyprowadza znajomych. Potem jest
garaż, który jest składowiskiem książek i naczyń, wreszcie spiżarnia,
jakieś zamrażarki („znalazłam wczoraj w domu sarnę”) i kotłownia, w
której Maciek trzymał nalewki. W nalewkach cukier dodawał tylko z
konieczności, uwielbiał przerażająco dla niektórych wytrawne smaki.
Ostatni balon domowej smorodiny pękł sam z siebie późną jesienią
zeszłego roku… Na
samej górze mieściły się pokoje dzieci. Duszą domu był parter. Zaraz za
tarasem który był letnią kuchnią i jadalnią wchodziło się do jadalni
zimowej połączonej z kuchnią. W szafkach herbaty i przyprawy, właśnie w
tej kolejności - w lodówce zawsze jakiś ser. U Kuroniów gotowało się
smacznie. Zupa rybna, gicze jagnięce, węgorze, galarety, świetne
makarony – chciałbym, by gdzieś w Polsce były restauracje na tym
poziomie. I gościnność. - Jesteście głodni - zapytał
kiedyś Jaś wioząc nas z Warszawy do Izabelina – tak? To macie szczęście
Ojciec nie darowałby Wam, gdybyście przyjechali najedzeni – on od
wczesnego popołudnia szykuje cielęce kotlety. Nie piszę o jednej z największych europejskich wanien, czy o sypialni, gdzie Maćkowi gdy chorował przynosiło
się herbatę zaparzoną w ulubiony sposób, gdzie oglądało się czasem
mecze lub skoki narciarskie. Trzeba wiedzieć, że Maciek – warszawiak
przecież - był kibicem Górnika Zabrze, ale w
ogóle lubił piłkę i znał się na niej – miał fenomenalną pamięć. Gdy mi
opowiadano nie wierzyłem, ale w jego 48 urodziny byliśmy razem na
koncercie Jacka Kleyffa i faktycznie Maciek pełnił rolę suflera – bo
pamiętał teksty Jacka lepiej niż autor. Sam padłem ofiarą jego pamięci
przegrywając zakład na temat kolejności płyt w dyskografii Pink Floyd.
Wreszcie serce domu. Pokój z kominkiem. Kanapa, fotele, w tym ten jeden
obrotowy za biurkiem. Po lewej szafka z płytami i książkami. W
strategicznych miejscach cztery psy. Każdy z nich był przygarniętym
przybłędą.
Ech co tu dużo gadać – kiedy ktoś przytłoczony czasami i losem pytał
mnie czy jest jeszcze na tym świecie kochająca się rodzina – odpalałem
zawsze - Kuronie. Atmosfera tego domu jest niesamowita, tylko ten
pusty, obrotowy wysoki fotel… A
niech tam, można zamknąć oczy, w fotelu będzie siedział Maciej, za
oknem już ciemno. Z głośników płynie – na złość dzieciaków piosenka o
kolejarzach wąskotorowych. Asia melduje, że zakończyła pakowanie do
pokazu. Przekazuje Małgosi listę zakupów. Kuba też już gotowy. Małgosia
– menedżerka Maćka pokazuje mapę – gdzie będziemy nocować. Ja ustalam
gdzie po drodze można coś sensownego zjeść. Jeszcze termos z herbatą,
którego Maciek i tak zapomina zabrać… termos zostaje w domu, na szafce
przy lustrze….
niedziela, 01 listopada 2009
Rocznica likwidacji biłgorajskiego getta.
2 i 3 listopada 1942 roku przestało istnieć getto w Biłgoraju. Do ludzi strzelano na ulicach. Jak co roku spotkamy się na kirkucie. Bez pocztów sztandarowych i przemówień. Bez niepotrzebnych słów i teatralnych gestów.
poniedziałek, 26 października 2009
Rok minął
W październiku ubiegłego roku, pomimo starań władz miejskich wyszła na światło dzienne sprawa profanacji biłgorajskiego kirkutu oraz szeregu zaniedbań z tym związanych. Wystarczy przypomnieć haniebny plan zagospodarowania przestrzennego, sprzedaż terenu prywatnemu inwestorowi czy mętne tłumaczenia władz z cyklu: "nic o kirkucie nie wiedzieliśmy). Cała sprawa ujrzała światło dzienne w momencie kiedy delegacja miasta bawiła w Izraelu i już stamtąd wraz z Piotrem Czarneckim zostaliśmy obdarowani etykietą szkalujących dobre imię miasta wichrzycieli. Kiedy dotarło do mnie, że władze miasta świetnie o wszystkim wiedziały, że fakt profanacji udało im się zataić przez ponad dwa tygodnie, i kiedy poznałem relację z sierpniowej wizyty pana Bauma w Biłgoraju użyłem grubego słowa "neoszmalcownicy". Po roku czasu, kiedy mimo swoich rozlicznych deklaracji i dziesiątków spotkań przedstawiciele miasta i inne osoby z dumą przedstawiające się jako rzecznicy współpracy z diasporą biłgorajską nie przybliżyli rozwiązania hańbiącej Biłgoraj sprawy cmentarza choćby o włos, muszę ze smutkiem stwierdzić, że wypowiedziane w emocjach obraźliwe słowo jest ciągle adekwatnym epitetem do postawy osób za całą sytuację odpowiedzialnych.
poniedziałek, 19 października 2009
Wino z przeszkodami
Pędząc na łeb na szyję z Chełmna wpadłem do Enoteki Polskiej, gdzie jak sądziłem odbędzie się degustacja polskich serów. Zastałem tam Ewę,Tomka, Wojtka i Tadzia, kilkadziesiąt otwartych butelek bo właśnie skończył się panel oraz wiadomość, że Gieno z torbą serów i wielkim wkurwieniem tkwi w zaspie na stacji Warszawa Płudy. Po wymianie telefonów ustaliliśmy, że degustacja odbędzie się 26 po pierwszej części konkursu na Grand Prix Magazynu Wino. Sery zabraliśmy wiec do Kuroniów, zabraliśmy tez tam kilka otwartych butelek, tych co to miały być wypite z polskimi serami. Przemierzając osnieżoną Warszawe z kartonami wina i torbami sera wygladalismy jak dwa wnerwione wielbłady ale w koncu zasiedlismy do zupy rybnej (tylko ludzie głupie nie piją przy zupie) w Izabelinie. A potem sery, Asi smakował najbardziej ser z Praslit, ja nie mogłem nacieszyć się korycińskim, prawdziwym w odróżnieniu od tego barachła, którymi częstują nas na większości kiermaszów w galeriach handlowych. ale po co ja to wszystko piszę i kogo to obchodzi , zresztą jestem przebodźcowany po dniach enologicznych w Zakopanem i wczorajszym wieczorze z Kleyffem - dobranoc.
wtorek, 22 września 2009
Julia Okoń z nagrodą im. Oskara Kolberga
3 października w warszawskich Łazienkach zostaną wręczone nagrody dla laureatów XXXIV edycjy Nagrody im. Oskara Kolberga „Za zasługi dla kultury ludowej” Wśród nich znajdzie się Pani Julia Okoń z zespołu śpiewaczego z Rudy Solskiej. Od siebie dodam, że bardzo się z tej nagrody cieszę i od razu przypominam sobie wspaniałą postać Ireny Potockiej i od razu życzę coraz większej ilości sukcesów Celinie Skromak, która zastąpiła Irenę w GOK w Biłgoraju. teraz przed nami stoi zadanie co zrobić, by biłgorajski śpiew nie skończył się, gdy stracą siły Panie z Rudy Solskiej?
Globus Ukrainy i inne zabawne sprawy
Z daleka od Biłgoraja , obwożę jakichś, nawet sympatycznych telewizorów, którzy filmują wiślaną ekspedycję Marka Kamińskiego, zajadam się pieczonymi kaczkami, gęsią okrasą i kogutami zielononóżki kuropatwianej. Tymczasem w Biłgoraju dalej nie uczyniono sprawiedliwości w sprawie cmentarza żydowskiego, za to dumnie fotografowano się z ławeczką Singera. Pewnie w przyszłym roku wymyślą odznakę dla zasłużonych ku pojednaniu imienia Singera i pewnie pierwszym odznaczonym będzie Pan Porucznik. Co mnie do tego. Jeśli i prokurator i sąd i starostwo powiatowe nie widzi nic złego w łamaniu statutu stowarzyszenia singerowskiego, to nie pozostaje mi nic innego jak przyjąć z pokorą decyzję zarządu i oddalić się ze sporym niesmakiem. Tymczasem jednak jakby na złość Profesorowi i Porucznikowi długo oczekiwana Biłgorajska Księga Pamięci ukazała się ze wstępem Piotra Czarneckiego. Wstępem napisanym niemal dwa lata temu, ale jawnie dowodzącym, że z całego stowarzyszenia przede wszystkim Piotrek zabiegał o wydanie książki. Oburzony zarząd wysłał do wydawnictwa pismo następującej treści: List prof. Pawła Śpiewaka do wydawnictwa, w związku z wydaniem "Księgi Pamięci".
Redaktor Daria Majewska
Wydawnictwo "słowo/obraz/terytoria"
Szanowna Pani Redaktor,
Dziękujemy za pięknie i starannie wydany tom Zagłada Biłgoraja. Księga Pamięci.
Jest wielkim dla naszego Stowarzyszenia i mieszkańców Biłgoraja wydarzeniem.
Powstał tylko jeden kłopot. Otóż wstęp do książki w imieniu
naszego Biłgorajskiego Stowarzyszenia Kulturalnego imienia Izaaka
Baszewisa Singera napisał Piotr Czarnecki. Wystąpił w imieniu
Stowarzyszenia nie mając ku temu jakichkolwiek podstaw, a do tego
został z niego usunięty dwa lata temu za poważne malwersacje finansowe
oraz tworzenie negatywnego obrazu Stowarzyszenia. Oczywiście redakcja
wydawnictwa nie musiała nic wiedzieć o tych wszystkich wydarzeniach.
Bylibyśmy wdzięczni, gdyby przy kolejnych wydaniach czy dodrukach książki wstęp autorstwa Czarneckiego już się nie pojawiał.
Sytuacja dla nas jest kłopotliwa, ale istotna.
Jednocześnie najserdeczniej dziękujemy za współpracę z wydawnictwem i za piękną książkę.
Z wyrazami poważania i szacunku
Paweł Śpiewak
Prezes Biłgorajskiego Stowarzyszenia Kulturalnego im. I.B. Singera
Piotrek również wysłał swój list do wydawnictwa po czym na adres zarządu stowarzyszenia singerowskiego przesłał następująca informację (publikuje ja tutaj, bo przecież Profesor i Porucznik się nią nie pochwalą): Pragnę poinformować,iż zawiadomiłem Wydawnictwo
"Słowo-Obraz-Terytoria" wydawce "Zagłady Biłgoraja" aby w ewentualnych
dodrukach czy kolejnym wydaniu nie wpisywało adnotacji,ze mój wstęp
jest wstępem w imieniu Stowarzyszenia.
Jak we wstępie wspominam idea wydania książki miała miejsce przed
powstaniem Stowarzyszenia i sporo czasu poświeciłem jej powstaniu i nie życzę sobie aby ktokolwiek negował moja role,gdyż robi z siebie błazna.
O napisanie wstępu poprosiła mnie p.profesor Garbowska-to tak na
marginesie.Nie chciałem być łączony ze Stowarzyszeniem,gdyż to nie moja
bajka.Jakoś jednak nagłówek niestety się zachował.Jeszcze jedno: żałośnie brzmią telefony do p.Darii Majewskiej aby nie wydawać mi ani
jednego egzemplarza książki.Otóż posiadam umowę na napisanie wstępu i określona liczba egzemplarzy mi się należy.Stowarzyszenie w żaden sposób nie jest związane z wydaniem książki i takowe apele są błazeńskie,bo to tak jakbym ja usiłował wpłynąć na repertuar baletu w Ulan Bator.
Naturalnie Piotrek ma racje, z jednym oczywiście wyjątkiem. Spora część jego działań związanych z wydaniem książki była finansowana z darowizny, jaką na rzecz stowarzyszenia złożył Janusz Palikot. Nota bene akurat te wydatki kwestionuje skarbnik stowarzyszenia Artur Bara, czym potwierdza swój mierny udział w wydaniu Księgi Pamięci. Oraz swoją ogromną, jakże ludzką przecież chęć, by zasługę mimo wszystko sobie przypisać. W razie czego oświadczam w tym miejscu w imieniu swoim i Piotra, że ani ja ani on nie mamy żadnej zasługi we wzniesieniu ławeczki Singera i cały splendor zostawiamy Arturowi Barze. Co więcej, nie mamy nic przeciwko temu by odlany z brązu, lub lepiej zalany brązem Artur Bara zasiadł na tej ławeczce na stałe. Ku wiecznej chwale swojej i resortu. ach i ku pokrzepieniu serc tytułowy globus Ukrainy: 
czwartek, 10 września 2009
Śląski wir, nie nie Wirek
Na ulicy Styczynskiego w Chorzowie jest jadłodajnia Kinga. A ja tak szedloem sobie na piechotę z Katowic do Bytomia nie omijając żadnej fajnie wyglądającej knajpki, jak nie pyffko to esspresso, jak nie frankfurterki to rolodo. Do Świerklańca dotarłem więc dopiero późnym popoludniem - tak gdzies w okolicach drugiego seta ze Słowacją. Dzisiaj kończe pierwszy etap prób z polędwiczkami i piersiami z kaczki. O dziwo piersi wytrzymały, lekko tylko obsmażone dwa miesiące w chłodni - przemacerowały się niemal na śmierć ale są zjadliwe, choć naturalnie dużo mniej smaczne niż sześc tygodni temu na przykład. Ale nic to, technologia opanowana, wnioski wyciągnięte. A na Ślasku i radośnie i smutno - radośnie bo wszystko aż kipi życiem i energią - nawet bytomski rynek zdał mi się przyjaznym miejscem. A smutno, bo nawet w Kochłowicach pojawiają się liczni młodzi bandyci. I niczego nie szanują...
środa, 09 września 2009
Śląsk
Jadąc do Czech nieopatrznie zadzwoniłem do Andrzeja Urnego i jasnym było, że dojadę jedynie do Rudy Śląskiej, ale nie żałuję. Na zdjęciu jeden z powodów:
poniedziałek, 07 września 2009
Krucjata Pana Porucznika
Zmartwiony złym prowadzeniem się Piotra Czarneckiego Artur Bara, zaniechał całkowicie innej aktywności, prócz prób nawracania Piotra na juedeokatolickoesbecką (bo jak ją nazwać pojęcia nie mam - sparafrazowałem więc jeden z tekstów Kuma) moralność i w związku z tym, jako radny nie kiwnął nawet palcem, by zapobiec likwidacji ostatniego połączenia kolejowego z naszym miastem. A przecież 53 głosy zobowiązują do czegoś:-) Jako przykład działalności edukacyjnej stowarzyszenia singerowskiego podał fakt, że członkowie stowarzyszenia wydają książki. Cóż akurat zasługa Artura w wydaniu biłgorajskiej Księgi Pamięci jest taka, że zaprotestował przeciw niektórym wydatkom z tą publikacją związanym, ja zaś do tej pory chichoczę wyobrażając sobie jaką minę miał Artur kiedy zobaczył, że Księga opatrzona jest wstępem degenerata Czarneckiego. Oprócz tego elementem krucjaty Artura jest wysyłanie zawiadomień i sprostowań głoszących tezę, że prokurator zajął się jego działaniami przypadkiem i aktywność prokuratora nie ma nic wspólnego z niekompetencją Pana Porucznika. Tymczasem dość prawdopodobne są następujące zdarzenia: 1. nadzór budowlany zakwestionuje ławeczkę - jakoś Artur zapomniał wystąpić o pozwolenie na budowę 2. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych każe Arturowi oddać zebrane na ławeczkę pieniądze - jakoś zapomniał wystąpić o zezwolenie na zbiórkę publiczną 3. Starostwo Powiatowe ustanowi kuratora dla Stowarzyszenia - jakoś zapomniał o terminowym zwołaniu Walnego Zgromadzenia 4. Prokurator skończy śledztwo i sformułuje zarzuty - jakoś Artur zapomniał, że Zarząd bez ważnego mandatu nie może podejmować żadnych czynności prawnych. Aha - i jeszcze warto, by tu przypomnieć liczne sukcesy Artura w sprawie zwrotu terenu cmentarza żydowskiego. Chyba to w styczniu, lub w grudniu razem z Januszem Rosłanem zaklinali naszych żydowskich przyjaciół, że to kwestia godzin a sprawa będzie załatwiona. Nieco inaczej przedstawia się sprawa z Tadeuszem Kuźmińskim - "magister" jak nazywa go Stasio Kutman - nie prawi farmazonów, nie udziela wywiadów, nie nadstawia piersi do orderów ani nie kryje pustej czaszki pod jarmułką. Tadeusz Kuźminski za ciężkie pieniądze kupuje działki i zleca projekty - i w końcu rusza budowa kresowego miasteczka. Naturalnie w BTK Artur Bara nie omieszkał przedstawić działań Kuźminskiego jako sukcesu stowarzyszenia singerowskiego. Ale jak wiadomo dla pracowników resortu fakty są średnio istotne, liczy się uznanie przełożonych. W tym miejscu udzielam także głosu Piotrowi Czarneckiemu - bo kto mu to opublikuje:-) a choćby nie wiem jak pijany, Piotrek i tak ma racje w sporze z Arturem:
Szanowni Państwo!
Paragraf 23 Statutu Stowarzyszenia mówi,że kadencja Zarządu trwa
3 lata. walne Zgromadzenie ,które powołało Zarząd odbyło się dnia 21
lutego 2006 roku-czyli od dnia 22 lutego 2009 roku Zarząd działa
bezprawnie.Nieważne są wszystkie jego uchwały,a taką min. jest Uchwała
z maja br. zwołująca Walne Zgromadzenie.Czyli Walne Zgromadzenie jest
bezprawne i żadnych jego uchwał i wyborów nie zatwierdzi Krajowy
Rejestr Sądowy. Sytuację musi nadzorować organ nadzorczy,który powoła
kuratora i on zwołuje Walne i na tym jego rola się kończy.
Prokuratura Rejonowa w Biłgoraju prowadzi w tejże sprawie
dochodzenie(art. 296 k.k).Chciałbym aby Państwo mieli jasność sytuacji
i zamiast marnować czas na nielegalnym Walnym Zgromadzeniu ,spędzili go
lepiej,pozytywniej pomagając np. porządkować cmentarz Żydowski -do
czego serdecznie zapraszam.
-- Piotr Czarnecki
A ja ? - cóż ja zostałem wywołany do tablicy, bo w jednej z rozmów prywatnych Artur Bara stwierdził - "Kmieć, nic nie piszę, bo zrozumiał swój błąd". Znaczy, Kmieć się Bary przestraszył. Panie Poruczniku, naprawdę dwadzieścia lat po upadku PZPR mam się dalej bać pracowników Służby Bezpieczeństwa?
|