O autorze
RSS
środa, 21 sierpnia 2013
Dobrze mieć przyjaciół

Robota Marka zaczęła się wiele lat temu jeszcze w teatrze Kana, potem szła przez szczecińskie rozlewiska i kanały, materializowała się na talerzach i w ulach gdzie plastry zalepia miód drahimski. Sam bezdomny nieco tworzy domy w głowach tysiącom ludzi. Dobry jest Marek jak miód. A jego z kolei zdublowana progenitura żeńska mówi do mnie Wuju, co nie wiedzieć czemu w straszną dumę mnie wbija. Poczytajcie o miodach drahimskich o projekcie Nowa Kultura. Wygooglajcie Marka Sztarka. Dobrze mieć przyjaciół.

Przedwczoraj siedzieliśmy sobie przed domem Igora i Agnieszką wraz z ich nieco parchworkową  uroczą progeniturą w liczbie trojga. Na górze spał Jeremi, który ani chybi zostanie moim chrześniakiem. A siedzieliśmy z Markiem Sztarkiem, bez którego pewnie  Igora bym nie poznał, bo jak. I pewnie gorzej bez tej znajomości byłoby nam obu, a może i paru innym osobom. Bo jak się czasem trzeba na kogoś, na spotkanie otworzyć to nie macie pojęcia. Jak warto…

Na pytanie Agnieszki czym się w zasadzie zajmuje Marek  odpowiedziałem bez wielkiego namysłu, że Marek zastępuje Ducha Świętego. Za śmieszne pieniądze pracuje w środku niczego. W samym jego środku i zadaje ludziom pytania, które otwierają na ducha. Na kulturę, na tożsamość, na piekno, na świadomość, na poczucie tego, że się jest. Robota Marka, który cierpliwie czeka na to by w jego głowie urodziły się pytania które trzeba zadać to czysta mistyka, otwarcie na rzeczy kompletnie najważniejsze. To użyteczność w czystej postaci .

Marek sprawia, że o miejscach takich jak Pogorzel, jak PAN Góra, jak nieistniejący od dwustu lat Zygmuntów, jak Siemczyno dowiadują się przede wszystkim jego mieszkańcy. Sprawia, że widzą, jak odwiedzają ich goście, że pożyczają krzesła, by goście usiedli i posłuchali harfy, lub marimby, lub Kleyffa. Lepią więc ci ludzie własne domy z gliny, kładą białe wstęgi na trawie i robią mnóstwo rzeczy pięknych z pytaniem po co. Fotografują się. Robią to zwykle rękami swoich dzieci, które może i pierwszy raz dowiadują się, że marzenia mogą płynąć swobodnie i nie są wstydliwe.

 

14:04, rapataplan
Link Komentarze (1) »
środa, 07 sierpnia 2013
upał

W upał wykonujemy wiele bezsensownych czynności. Ja na przykład siedzę na warszawskiej Pradze w centrum nurkowym i spoglądając na zdekompletowane aqalungi zbieram się do opisów win węgierskich, które prawdopodobnie już od poniedziałku nasza nowa pracownica Paulina będzie sprzedawać klientom. Ponieważ przez ostatnie kilkanaście lat życia zajmowałem się tym co najważniejsze, pracuję teraz, by odrobić wieloletnie zaniedbania,  jak jaki Kraszewski i z równym jemu polotem. A to ceny wędlin sprawdzę, a to udziec jagnięcy sprzedam, a to pomądrze się na leżaku we własnej knajpie o tym, jaka to ona świetna będzie gdy tylko ustaną obiektywne trudności. Wszystko wskazuje na to, że od początku września osiedlę się w okolicach warszawskiego Placu Hipstera. To znakomicie, bo będę miał raptem czterysta metrów do Atelier Amaro, by sobie coś upichcić albo wypić szprycera. Przez ostatni rok pospełniały mi się jakieś pęczki zawodowych marzeń w tym kilkanaście nierealnych z pozoru.

Jako student nie wymyśliłbym przecież, że będę robił węgierskie wina, sprzedawał homary, zakładał konsorcjum z organizacją pozarządową, której prezesuje mój literacki idol, prasa "lifestylowa" będzie zamieszczała moje wypowiedzi na temat smażenia baranich jąder, a moje kompletnie absurdalne marzenie o emeryturze we własnym browarze nabierać będzie coraz to ponętniejszych i twardszych kształtów. Słowem w marcu 2012 roku, przy pomocy jednej włóczęgi przerwałem inną włóczęgę, w sierpniu osiadłem, w styczniu 2013 wystartowałem z nową działalnością a teraz widzę, jak moje niezrozumiałe nawet dla mojego wspólnika poczynania przynoszą zaskakująco fajne efekty. A i owszem przeliczalne na pieniądze. Równo rok temu Wojtek Amaro wysłał mi małego maila z życzeniami tego co chciałby mieć na Cook It Raw. 7 sierpnia- dzień życiowej szansy.

Więc :

 

http://www.youtube.com/watch?v=3o4Fgh0KW_4

 

15:03, rapataplan
Link Komentarze (3) »
wtorek, 23 kwietnia 2013
Dobosz

Wczoraj wpadła mi w ręce, ksiżka z zapiskami Andrzeja dobosza i wessała mnie, jestem niewyspany a chciałbym dzis obejrzeć mecz, wszystkie projekty ida powoli. A mi w uszach dudnia słowa, poukładane we frazy, te zkrętasy logiczne, erudycja wdzięk i klasa. Zazdrość mnie żżera

http://www.youtube.com/watch?v=7m11-dlCg3Y

17:52, rapataplan
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 22 kwietnia 2013
Biłgoraj na chwilkę. Sieraków dla pamięci.

Trzy dni gotowania jedzenia i picia z Józefem Simonem i tabunem przyjaciół zakończyły się w zeszły piniedziałek w Lublinie. Świtem, bo Ania, nasza tłumaczka chciała zdążyć na lekcje w Miszkolcu ruszylismy z uśpionego jeszcze Lublina na południe. Wysiadłem w Janowie Lubelskim. zaczekałem 20 minut na bus do Biłgoraja.Tym razem widok wież dużego kościoła przespałem. Obudziłem się obok piekarni u Aniołka. 

Fajnie że miasto w słońcu. Zajrzałem do gminy, pospacerowałem, usiadłem chwilę na ławeczce z Romkiem Sokalem. Czekam mnie ponowan lektura jego uroczej książeczki o Sierakowie. Znam ją wcześniej z maszynopisu, wzbogacona teraz mapami, ilustracjami Heleny Pisulowej wygląda slicznie i z radością ja się otwiera. Patrzę na Romka i widzę, że dzięki temu, że wreszcie zmaterializowała sie ta opowieśc o jego miejscu, wiosce, gdzie spędził dzieciństwo i gdzie da Bóg, oby jak najpóźniej nadeszła spędzi starość, dzięki tej książeczce, odjęło  mu kilka pudów goryczy. Spogodniał. Usmiecha się. Faktycznie odciął się od miałkich spraw hipokrytów w urzędniczych źle skrojonych garniturach, ktorzy swoją paskudną i lepką miarę przymierzają do patriotyzmu, i zaangażowania w lokalnośc innych. 

To ja siadłem w autobus i pojechałem do Krzeszowa. Zajrzałem na podwórko Stasia Kutmana, dobrze było popracować w kabarecie, z drzwiami otwartymi szeroko na słońce i budzący się do wiosny orzech. Potem - jak to rzadko w tym roku - autostop - Nisko, Janów Lubelski, Lublin, Kołbiel, Warszawa. Późno zmęczenie. Potem praca, wino, nocna ławeczka w parku z Justyną Gienem i Wojtkiem Amaro - zapamiętajcie datę 18 kwietnia 2013 - bo to był przełom prawdziwy w polskich kulinariach. Będzie kiedyś pamiątkowa tablica.

Potem Toruń, marzenia... I wniosek, że do życia klubowego się nie nadaje. Za to klubowe jedzenie przyrządzam jak mało kto. Skrobany tatar z sarny z jagermeistrem był oczywiście mocno z tyłu za Wojtkowym tatarem z foie gras, ale i tak odstawiliśmy większość tataroróbców na długi dystans. Niedziela jakby rodzinna, spacer, lenistwo, lody na obiad penne z jagnięcina i szpinakiem. W przysżły piątek na Węgry. 

Dzisiaj rano praca, trzeba opisać madejowy chleb.

 

11:15, rapataplan
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 20 stycznia 2013
O drzewach
Przy drodze Pamiętam bardzo upalny dzień. To było w okolicach Jawora. Pewnie sierpień. Mieliśmy wtedy wszyscy po naście lub po dwadzieścia parę lat. Ja miałem 18. Wakacyjni hippisi. Szliśmy drogą aż pomarańczową od słońca. W nogach mieliśmy ucieczkę przed skinującą Legnicą a w żołądkach dokuczliwe vacuum. Najpierw szliśmy wśród ściernisk, potem próbowaliśmy żuć cukrowe buraki. To żucie nie redukowało głodu, za to wydatnie zwiększało podciśnienie w żołądku. Nie wspominam o wrażeniach smakowych, które skutecznie usunąłem z pamięci. No czasem mi się śnią i nie jest to sen przyjemny. Potem trafiliśmy na pole kapusty. Też przemilczmy. Zanim dotarliśmy do indiańskiej wioski, gdzie żołnierze nakarmili nas pieczonym w ogniu boczkiem i napoili piwem - naprawdę indiańską wioskę organizowali żołnierze - wytęskniliśmy się dziko za przydrożnymi drzewami owocowymi. Skąd je wziąłem do tej swojej tęsknoty. Teraz znam ich tyle, z setek dróg mitteleuropy. Ale wtedy? Wtedy chyba najbardziej lubiłem dwie czereśnie z Branwi. Stały tuż za starym gościńcem. Po prawej stronie asfaltówki na Chrzanów. Wzdłuż tej asfaltówki paśliśmy krowy. Czasem wchodziło się na nie, częściej zrywało się owoce stojąc na ziemi, czasem dziadek zwyczajnie odrąbywał gałąź. Teraz, w środku zimy, oddałbym chyba nawet zöltveltliner ászu od Imrego Kalò byle tylko poczuć te słońce i skosztować tych malutkich owoców, zwykle jedliśmy je pospiesznie zanim dojrzały, ścigając się z własnym apetytem i szpakami. Dziesięć lat temu stały te drzewa jeszcze, czy stoją do teraz, nie wiem. Prawie jedenaście lat temu kosztowałem też po raz ostatni poziomek rosnących na zboczach starego gościńca. Pamiętam ten dzień. Jechałem stopem z Biłgoraja do Lublina. Trafiłem po drodze na gorajski rynek. Był początek lipca, upał. Kilka dni po finale mistrzostw świata. Brazylia wygrała 2:1 z Niemcami. W Goraju na rynku, stał autobus do Janowa, przez Branew. Co się będę telepał do Lublina pomyślałem. Odwiedzę dziadków, pospaceruję sobie. Po dwudziestu minutach idę, w spiekocie i kurzu, duszno, nie przez przełazki, jak dziecko, ale od tyłu od strony tytoniowych suszarek i stodół. Mijam sad, gdzie nie ma już jabłonki pod którą w sierpniu 1971 roku moi rodzice świętowali swoje wesele. Nie ma wielkiej czereśni, na którą nawet po owoce rosnące na najniższych gałęziach trzeba było włazić na drabinie. Nie ma ulęgałek, nie ma rzadko rodzącej koszteli, nie ma leszczyn przy piędziowym płocie. Nie ma złotej ni szarej renety. Są niewielkie drzewka bardzo słodkich wiśni posadzone pod koniec lat osiemdziesiątych, są resztki tamtorocznych truskawek. W domu nie było nikogo. Posiedziałem na progu i poszedłem dalej. Na stary gościniec. Czereśnie, poziomki. Spacer w strone starego cmentarza, wielka pełna wtedy jeszcze niedojrzałych owoców malinówka. Zdziczałe wiśnie przy makowskim dole. W strone Sap rośnie ogromna gruszka. Skąd mi się gruszka wzięła w lipcu nie wiem, może to spacery różne skleiły się ze sobą jak lepkie od owoców palce. Jaki to był cudny spacer, pełny schylania się, sięgania, naginania gałęzi. Rozglądania się. Pełny soku z dojrzałych intensywnych owoców, pełnych wspomnień, skojarzeń. Jedzonych do bólu brzucha i otumanienia zmysłów. Ile to było lat temu, gdy paśliśmy krowy, gdy bawiliśmy się rzucaniem niedojrzałych jabłek. A później ta ziemia starego gościńca, pachnąca roztartymi poziomkami, gliną, piachem i lessem, rozgrzanymi w słońcu kamykami, świerkami z sąsiedniego lasu, pachnąca piękną dziewczyną. Oj jak ja bym taką jedną zaprosił tam teraz na spacer. Jakbym sobie usiadł patrząc na dalekie dachy, na wielkie dęby przy polnej drodze na Godziszów. I na nią bym patrzył, łapczywie jak na te piękne poziomki. No ale z planem tym zaczekamy przynajmniej do wiosny. Tamtego lipca zaś ruszyłem dalej, przez Sapy, w kierunku Goraja. Chmury zebrały się szybko. Ciemno się zrobiło w momencie, lunęło tak, że przemokłem calutki, przemokły moje plany i moje kontakty skrupulatnie notowane w pięknym kalendarzu, który dostałem w prezencie od zaprzyjaźnionego basisty. Kartki po prostu się skleiły a potem rozpłynęły. Ja też prawie się rozpłynąłem. Siedziałem na błotnistej miedzy. I kuliłem się z każdym uderzeniem pioruna. Nie trafiły. Do Goraja doszedłem wraz z wodą, która w tamtym kierunku spływała, by wpaść do Białej Łady, a potem Tanwią do Sanu. Nic kurde balans nie załatwiłem. Do Lublina nie dotarłem, przemokłem a byłem szczęśliwy, tą szczeniacką radością małolata biegającego po deszczu. W rynku w Goraju można było wtedy napić się piwa janowskiego. Nie ma go już. Wtedy było, a może tylko chciałbym żeby wtedy było w tej knajpie. A może tylko piłem perłę lubelską. Przecież to był czas zanim przekląłem ten browar i tą korporację, co haniebnie zamknęła mi browar w Zwierzyńcu i co wykosiła z rynku browar z Janowa. A janowskie piwo, pamiętam je jeszcze z dębowych beczek, miałem kilka lat, gdy kosztowałem go w sklepie mojej prababki w czasie odpustu w Dzwoli. Jak ja bym chciał ten smak poczuć. Tą gorycz, tą słodycz, tą jęczmienną kwaskowatość. Ten chłód... Ale nie o piwie. Teraz też mam taką sentymentalną drogę owocową. Końcem sierpnia łażę sobie czasem na piechotę z Topolna do Gruczna. Po drodze śliwki, kosztele, dziesiątki jabłek których nie znam. A w lipcu, świtem podkradam z takiej jednej posesji czereśnie. Wcale się tego nie wstydzę. Mgła sunie znad Wisły, wilgoć ciągnie od źródełek św. Rocha, ptaki drą się niemiłosiernie na cmentarzu, wschodzące słońce nieśmiało liże mnie po łapach, a ja jestem szczęśliwy, że są jeszcze przydrożne owocowe drzewa, że można się czasem cieszyć jak dziecko.
11:50, rapataplan
Link Komentarze (1) »
środa, 16 stycznia 2013
O Ukrainie częśc nie wiadomo juz ktora, tekst powstal w sierpniu
 
Nie wiem czemu, ale myśląc o Ukrainie zawsze wspominam pełną dziur drogę ze Lwowa do Stanisławowa. Jadąc marszrutką czy autostopem widziałem gdzieś po lewej stronie, nad górami, których nazwać nie potrafię, wielkie orły. Nie wiem, nie śmiem pytać, co te ptaszyska piękne mają symbolizować w tej historii.
Ludzie w pociągu, oczywiście wiedzą co to Stanisławów, ale mówią już "do Frankiwska". Nie wiem, nie znam setek historii, stoję przed nimi z ciekawością Kischa ale z jakimś ogromnym brakiem czasu. A przecież teoretycznie łatwo sprawdzić jak mówili o Stanisławowie jego mieszkańcy, pewnie mniej łatwo, ale można sprawdzić, jak na to mówienie reagowały władze, może jest jakaś wzruszająca historia o dziecku wyrzuconym ze szkoły, albo choć postawionym do konta, za używanie nazwy niesłusznej.
Tak łatwo wypowiadamy się o Ukrainie, a nie wiemy nawet tego... Trochę nie chcemy, trochę się boimy. Jak patrzę ma twarze Ukraińców w autobusie, to czasem, grzesznie myślę sobie - czy ktoś o takiej twarzy mógłby roztrzaskać niemowlę o cegły domu... O takich dobrych oczach, tej poczciwości ogromnej...
Ukraina to demon na demonie, niezrozumienie ogromne. Wczoraj, kiedy o północy dotarliśmy do Rachowa, strasznie spodobał mi się pomysł jazdy marszrutką. No skąd ja, pacan miałem wiedzieć, że ta północna marszrutka odwozi po prostu ludzi z wesela, i że nie pojedziemy na Ług ale na Ługi. Cóż było z nami zrobić, na Ługach przenocowała nas dobra kobieta z marszrutki, przepraszała za bałagan, właśnie pochowała swoją 93 letnią matkę, tu w tym pokoju, gdzie będziemy spali była stypa, a ona wraca z wesela, pogrzeb i wesele w jednym dniu, o tu korowaj.
I te pyszniutkie ogórki na śniadanie, ten szczypior pachnący... Korowaj zamiast chleba. Herbata z malinami. Nic nie rozumiem...
Moje ulubione Kafe we Lwowie to Wareniki. Przy Łyczakowskiej, ale Polaków tam nie widuję. Wbiegają szybko na cmentarz, zbiegają szybko z cmentarza. Tymczasem podają tu takie pierożki, które unieważniają naturę konfliktów polsko-ukraińskich. Można siedzieć w tym kiczowatym wnętrzu i rozpływać się. Pić susz, jeść pierożki i piękne sało, patrzeć jak kucharki wnoszą do akwarium ozory w galarecie. 
Gdzieś przy Słowackiego, bo ciągle jest we Lwowie ulica Słowackiego, jest mój ulubiony sklep spożywczy, z dwoma, trzema stoliczkami, gdzie można wypić wódkę, zjeść kanapeczkę ze śledziem, zagryźć pomidorkiem. Posłuchać opowieści... Czasu nie ma na tą Ukrainę. Pędzimy przez nią, a właściwie wleczemy się marszrutkami, wciąż pod górę, wciąż w tłoku... 
Może i Ukraina umiera ale nie widać w niej tych ubytków, zabliźniają się niesamowicie. Nie widać braku 80 tysięcy Żydów z Czerniowiec, nie widać braku Żydów z Huculszczyzny. U ostaniego Żyda- Hucuła, w Werchowinie, znaczy w Żabiu na półce masa książek i portret Bandery, na ścianach zaś święte obrazy. Wasyl zaś uśmiechnięty a z nim pies Tomasz i kot Neron. Pies Tomasz ma charakter, obraża się znaczy, kiedy usuwa się go z miejsca przy stole. Na Magurze, w samym sercu huculszczyzny każdy kawałeczek łąki ogrodzony, płot, drut kolczasty, jaki to kontrast z Kobylą Górą i cudowną Rosiszką, wioską z bajki, gdzie nikt płotów nie stawia a drzwi chat stoją otwarte na ościerz. "Chodźcie, nazrywajcie gruszek sobie, a tam też śliwa rośnie, chodźcie wody ze studni popijecie..." a stojąc pod śmietnikowo-przystankową wiatą, chroniąc się przed burzą, słychać po wsi czwarty dzień wesela, bo to wtorek. Buczy bęben, nie baczy, że pioruny biją.
Wreszcie Krasnoszora, Stara Huta, czy Alte Hute. Strasznie splątane miejsce, jechaliśmy tam teraz rumuńską taksówką, z dziwnym dość ołtarzykiem pośrodku i świeżymi kwiatami w okolicach ręcznego hamulca. Na przedniej szybie, ciekawe czy od Euro, czy wcześniej, kierowca zamocował ukraińskie flagi. I wspinamy się pod górę w półasfalcie,w białym żwirze. Stajemy pod polskim kościołem, innego tu nie ma, w wiosce prawie sami Polacy, chociaż dzieciaki mówią po ukraińsku, dzwonią do siebie, że wasza krowa poszła nie tutaj, nie trafiła głupia z pastwiska, bo tu w Krasnoszorze krowy wracają do domu same z pastwiska nad Dubuckim Uroczyskiem. Jak dzieci się dobrze uczą, to ksiądz zabiera je na wycieczki do Polski. I na Łysą Górę trzeba iść, stamtąd Czerniowce widać, a za nią, za nią, i za jeszcze jedną górą są jaskinie ludzką ręką wykute, wielkie. I tam młodzież chodzi, obozuje, szaszłyki piecze, ale rzadko. Rysie tam mieszkają i niedźwiedzie, ale one człowieka boją się, uciekają, rzadko widzą, choć ojciec Fabian kiedyś prosto na niedźwiedzia wyszedł to tamten nie przestraszył się, ani ojciec ani niedźwiedź, stali tak sobie, patrzyli się na siebie i rozeszli się, każdy w swoją stronę.
Jaskinie te budował podobno Kozak Dobosz, łupił on niemiłosiernie Turków, Rumunów(?sam się dziwię) i Polaków i tu w komysze bukowińskie zwoził łupy. Na wsi domy duże, drewniane, pomalowane farbą, czasem zieloną, czasem niebieską, niektóre nawet mają jedną czy dwie ściany okutane sidingiem. Przy domach sady, gruszki smaczne, jabłka na początku sierpnia zielone jeszcze, śliw niewiele ale soczyste bardzo, lasy pełne jeżyn i grzybów. Studnie głębokie, kamienne, nie betonowe po kilkanaście metrów. Mleko takie, że żyć się chce, dobry chleb. Nie słychać telewizorów, nie słychać umca umca z samochodów, ludzie siedzą pod sklepami, piją, rozmawiają, przyganiają krowy, o siódmej rano w marszrutkę i na targ do Starożyńca. Przejechaliśmy tysiąc kilometrów, by poczuć się jak na polskiej wsi z lat 70 i jednocześnie na końcu świata. Dom drewniany, chłodny w letni dzień, pełen tajemnic. Gdyby łóżko było wygodniejsze a psy nie takie nadwrażliwe i nie obszczekiwałyby nocą każdej spadającej gruszki wracalibyśmy tu często. A tak... Będziemy tęsknić mocno ale platonicznie. 
Ale o jednym miejscu w Karpatach Ukraińskich nie napiszę gdzie jest, bo jeszcze zaczną przyjeżdżać tam ludzie. Znaleźliśmy chatkę. Stoi na grzbiecie solidnej góry, w środku dwa proste łóżka, wilcza skóra i piec. A otwierając klapę w podłodze sięgamy śmiało ręką i wyciągamy butelkę schłodzonej do 11 stopni Celsjusza wódki. Popijemy wodą z kryniczki. Za zdrowie Ukrainy. Za tęsknotę.
01:17, rapataplan
Link Komentarze (1) »
czwartek, 23 lutego 2012
Zima - śmierć kliniczna
Od czasu kiedy przez przejście graniczne w Barwinku wjechałem do kraju Dody i Ojca Rydzyka zima przeszła wszystkie stadia. Od mrozów niewielkich do mrozów cholernych od zawiei do chlapy. Wczoraj na pięknej wielkopolskiej polnej drodze na przemian lód i woda i błoto. I słońce i myszołowy i okruszek radości, że ktoś bardzo fajny martwi się o mnie i o moje przemoczone buty. Wieczór z Ziemianinem przy jego charakternych serach i nienajgorszych winach złudnie mnie uspokoił. Stabilizacja życiowa wygląda chyba ciut inaczej. Ciekawe czy się dowiem jak.
12:19, rapataplan
Link Komentarze (2) »
niedziela, 19 lutego 2012
Zima zdycha

Takie przynajmniej sprawia wrażenie, niewychowany współczesny termometr pokazuje aż osiem na plusie. Kłamie, nikt go nie nauczył, że kłamać jest brzydko. Woda w butach, śnieg na ulicach trista est anima mea i tak dalej. A ja dwa, albo nawet trzy tygodnie temu zabierałem się do napisania tekstu o Juanito i o Pepe. Zawsze tak się zabieram, ale wtedy napisałem. I niechcący skasowałem. Był to dobry pretekst by nie pisać nic więcej, b taki fajny tekst przecież, z erudycją, znajomościa historii piłki i z przenikliwymi wnioskami, których słuszność potwierdzają kolejne mecze. W piekarniku piecze się górka cielęca w kapuście. Powolutku w stu stopniach. Schnie podgotowana brukiew, z której zaraz zrobię frytki, lemoniada z resztek sycylijskich cytryn chłodzi się w lodówce. Kto wie może jak mi się zechce zrobię jeszcze placuszki z awokado i miodem. Na razie zdycham jak ta zima.

13:35, rapataplan
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 08 stycznia 2012
Zima
I co z tego, że bezśnieżna skoro i bezzielona. No niby brak zieleni mogę zagłuszać Arvayowym furmintem, choć 2005 rocznik raczej złotojesienny nawet niż letni ale trochę ziół przecie posiadywa, ale przecież jak trawy nad Bodrogiem pachnie. Resztkę tych furmintów przetrzymuje w gościnnej piwnicy Piotra Chomicza w Topolnie. A zaraz obok, też w Topolnie czekała na mnie zgładzona minikaczuszka.  Jeszcze w piątek dość banalnie zrobiłem piersi kacze. Takie tam. Czosnek, miód, pomarańcze, kropla furminta. Może i przemajerankowałem nawet. Bo w innych okolicznościach niż kaczka majeranku w zasadzie nie używam. Zwłaszcza do flaków. A kto wie, może mój organizm majeranku się domaga, bo moje podniebienie raczej nie, choć jak da  dobry węgierski Pan Bóg płat słoniny z mangalicy, by go zasolić, to się go ze świeżym majernkiem w maju uwędzi. Za to rano w sobotę na bazarek. A tam brokuły, brukiew, jarmuż, małe główki białej kapusty. No to resztę kaczuszki (bez wątróbki którą zaraz prawie na surowo połknąłem ze smażoną) do wody. Pieprz, pepperoncino, ziele, listek. Po kilkunastu minutach brukiew pocięta i twarde częsci brokuła i łodyga jarmużu i kilka ząbków czosnku. Znów kilkanaście minut i kapusta. I udka wyjąć może dziś, w niedzielę się dopiecze. I niech pyka dwie godziny. Potem lecą kwiaty brokułu, liście jarmużu, suszony czosnek, pół łyżki miodu i łyżka chrzanu. I sól. I pokrywka i z ognia, samo dojdzie pod wpływem temperatury. No prawie wiosna w misce. 
12:19, rapataplan
Link Komentarze (3) »
czwartek, 29 grudnia 2011
Pan Karp

Karp, pan Karp.

 

Carlos Tejera twierdzi, że podaję zawsze karpia na sposób patriarchalny, dziewiętnastowieczny i przestarzały. Kroję go w dzwonka, ktoś bierze, głowę inny ogon, jeden małe dzwonko, drugi duże. Wyzysk i niesprawiediwość społeczna. Carlos, przygotowuje i zaleca podawanie karpi w filetach. To metoda nowoczesna i demokratyczna, karp krojony jest na kawałki równe a lud pracujący miast i wsi  na degustacjach zachwycony prawem i sprawiedliwością wśród wydających. Dodać należy że filet z karpia nie posiadywa (no prawie nie posiadywa, to zależy od wprawy dłubania pęsetą) ości , a dzwonka a i owszem mają ości akurat, a dla niektórych w nadmiarze. Niemniej, według słów Carlosa mój karp jest zajefajny, za co mu dziękuję, też tak uważając. Przepis? a czego nie, zwłaszcza że prosty.

 

Bieżemy dużego, świeżutkiego karpia z dobrej hodowli: Zator, Topornica czy Milicz, idealnie gdy mamy dużego sadzenia (karpia żyjącego dziko). Gdy mamy wielkiego sadzenia robimy go nieco inaczej, ale o tym później. Naturalnie karpia nie zabijamy, by nie wnerwiać ruchów obrony karpia, ot kupujemy w sklepie karpia ekologicznego i humanitarnego, martwego od urodzenia. Patroszymy, "oczesujemy  go pięknie" i inaczej niż w przypadku węgierskiej zupy rybnej, po pokrojeniu w dzwonka płuczemy go dokładnie, tak by odciekła krew. Potem kroimy duże ilości cebuli w piórka i zasypujemy nimi karpia. na wierzch sypiemy sól i pieprz. Karpia odstawiamy w chłodne miejsce na minimum 4 godziny. Maksimum? może być i pięć dni, pamiętajmy jednak, że z każdą godziną w cebuli mięso karpia robi się coraz słodsze. Filety zamieniłyby się w rodzaj cukierków, zresztą, podobnie jak schabowy z kością, tak karp pocięty w dzwonka jest zwyczajnie smaczniejszy. To wysysanie ości to cała esencja mojej radości z jedzenia karpia, nie licząc naturalnie pochłaniania karpich policzków.

Potem klarujemy masło. Najlepsze naturalnie jest masło naturalne na kwaśnej śmietanie. Nie używamy gotowego, sklarowanego "masła" z wizerunkiem Grzegorza Russaka. Bo niefajnie pachnie -masło, nie były prezes Polskiej Izby Produktu Regionalnego i Lokalnego, oraz jest, jak napisano uczciwie choć małymi literami na etykiecie - nie masłem a odwodnionym tłuszczem mlecznym.

 

Trochę klarowanego masła dajemy na rozgrzaną patelnię (reszta będzie nam potrzebna) i rzucamy dzwonka. Smażymy na cztery razy, ale tak tylko by ciut przyrumienić, zostawiamy mięso w środku surowe. Na patelni solimy. Czasem sypiemy pieprzem. Jeśli ktoś bardzo chce może do tłuszczu, na którym się smaży dodać suszoną papryczke pepperoncino. Obsmażone (surowe w środku) dzwonka, i naturalnie głowę układamy w brytfance i dajemy do pieca. Wyłączamy termoobieg, w konwekcji redukujemy wilgoć do maksimum 15-20%. Jeśli mamy duchówkę nie martwimy się takimi szczegółami, jak temperatura i długość pieczenia. Aha, cebula z marynaty nie będzie nam już do niczego potrzebna. Jeśli nie liczy sobie więcej niż 2 dni możemy ją udusić z olej lnianym.

Jeśli duchówki nie mamy, ustawiamy piec na 75 stopni i wkładamy polanego sklarowanym masłem, obsmażonego karpia na godzinę i dziesięć minut. Ja daję do aromatu, trochę oleju z góry św. Wawrzyńca, albo od Tomka Wołoszyna z Biszczy, albo jakiejś wyjątkowej oliwy. Będzię pięknie. A na drugi dzień na spodzie brytfanki zrobi się cudna maślano-karpiowa galareta.

 

Do tego wino. Cóż moim faworytem będzie tu wytrawne szamorodni ze starych Arvayowych roczników, albo tłuściutkie dziesięcioletnie pinot grigio z okolic Badacsony. Albo czekająca w piwnicy u Simona "Laura" Leanyka Aszu. Pyszny będzie też furmint frizzante od Endre Demetera. Dobrze Michale, dopuszczam także późnozbiorowe wytrawne rieslingi z Austrii. Dobrze, niech będzie cremancik z Alzacji.

 

A teraz przechodzimy do wielkiego ponad 5 kilogramowego sadzenia. Jak ktoś mi nie wierzy, że w dzikim karpiu wielkość jest zaletą, niech pogada z największym chyba po mnie  w Polsce fanatykiem mięsa z sadzenia Wojtkiem Modestem Amaro. Odcinamy głowę i filetujemy tego sadzenia. Tak, tak... Nawet wielki Czerniecki, bywał niekonsekwetny, a co dopiero ja prosty Kmieć. Kręgosłup, głowa ogon, to co przy płetwach idzie na doskonałą zupę karpiowo grzybową. Nie podzielę się  tak szybko przepisem na tą zupę, jakieś słodkie tajemnice trzeba mieć.

 

Filety kroimy w kawałki wielkości sporych kotletów. Najsmaczniejsze będą te czerwone kawałki tuż przy ogonie. Świetny wędzarz, pan Adam ze Świecia nazywa to rybną polędwicą. To samo mówi zawołany rybak soliński, Gieno z Kalnicy. Filety zalewamy najpyszniejszą oliwą jaką mamy. No dobra już na tym etapie możemy dodać trochę utartej trufli, cieniutkich plastrów świeżego prawdziwka, czy suszonych smardzów. Trzymamy w tej marynacie przez noc i do południa. W południe (niech będzie słońce za oknem) smażymy. Jak cudnie byłoby to robić na rozgrzanej do czerwoności płycie na solidnym piecu. Na tej płycie solidna cygańska patelnia... W każdym razie ważne: na patelnie nie dajemy żadnego tłuszczu. Rzucamy kawałki fileta jak leci, niech smażą się w tej oliwie, w której się marynowały. I tych grzybach. Solimy i pieprzymy. Uważajmy, jak głosi pater Latina by nie przesolić i nieprzepieprzyć, nieprzeparykować, nieprzeangielskozielić i nieprzegałkomuszkatołować... W kuchni bowiem ważna jest inteligencja.

 

 

 

Co pijemy? Chablis? Sancerre? Grunera Veltlinera od Kalo z 2004? Leanykę od Jana Svestka? A może - jeśli ktos jest wyjątkowym szczęśliwcem, zwłaszcza do tych kawałeczków spod ogona Simonowe Pinot Noir z 2009 Sikhegy. I co z tego, że czerwone...

 

No i jemy

12:35, rapataplan
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 31