RSS
wtorek, 09 lutego 2010
Wolność słowa
Artur Bara na swoim "blogu" na stronie biłgoraj.com.pl dzisiejszy wieczór poświęca na usuwanie moich komentarzy (dodaję, że merytorycznych) i sprawia mi to wielką radość, bo przypominają mi się lata osiemdziesiąte, kiedy biegał po mieście i zrywał plakaty:-)
23:20, rapataplan
Link Dodaj komentarz »
piątek, 15 stycznia 2010
Ciemno i zimno
Tak ciemno i zimno, że nie chce mi się ruszać z Biłgoraja. Leniwie zatem pije alkohol, odwiedzam knajpki a to do Łabędzia zajrzę, a to do Sitarskiej. Zaglądam do warzywaniaka do Jureczka, popijam pliskę z Pawłem - nie jest źle. Czytam Wiecha.
09:42, rapataplan
Link Komentarze (2) »
środa, 13 stycznia 2010
Chwila w Biłgoraju
Ponieważ procesy mi się przekładają na potęgę. A to Artur Bara musi się połamać z kimś opłatkiem, a to Paweł Śpiewak cudem "odnajduje" zagubiony przed kilkoma miesiącami dokument, ciągle nie wiem czym jest zbrodzieniem czym uciśnioną cnotą - choć każdy żart ma swoją granicę. Tymczasem na gruczniańskie conviuvium nastawiłem w solance perliczki i szynkę z dzika. Pan Adam uwędzi. Ja zaś zastanawiam się gdzie jutro pojechać - jeden dzień muszę bowiem odpocząć. Warszawa - Tarnów - czy Kraków? Tymczasem proszę panów "anonimowych" komentatorów by może lepiej maskowali swoje IP, bo po tym można nie tylko trafić do konkretnego budynku przy Wira Bartoszewskiego ale nawet do konkretnego pokoju. Wszystkiego dobrego w nowym roku.
08:33, rapataplan
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 01 grudnia 2009
fakt, mało o Biłgoraju
Przywołany przez Słosia pokrótce opowiem co się dzieje w Biłgoraju. Razem z Piotrem mamy proces wytoczony przez Stowarzyszenie Singerowskie w osobie Pawła Śpiewaka o pomówienie. Ja zaś,w koncu doczekałem się procesu Artura Bary o pomówienie (według pozwu zarzuciłem mu "szmalcownictwo"). Cóż zapowiada się zima pełna Temidy. Myslę, że jest to pierwszy blog mieszkanca naszego miasteczka (Janusz Palikot z Biłgoraja się wymeldował), który doczekał się procesu sądowego. Kieliszek Cavy Brut na ta intencję.
16:17, rapataplan
Link Komentarze (3) »
co gorol robi o północy na Goduli?
Dzień w Świerklancu mijał zwyczajnie. Ot coś poczytałem, wiele pomyslałem, jadłem duszona wieprzowinę. O szesnastej pojechalem na Góry. Pierwsze kroki naturalnie do Szwejkowej Gospody, gdzie chory na jakąs grype Maciek poczęstował mnie dobrym czeskim świetnie wyczepowanym piwem. Pogadaliśmy też o kucharzach; "co Pan umie z kuchni węgierskiej? - placki po wegiersku... - aha.. a co jeszcze? - bogracz! - to Pan patelnie też robi? - nie... dlaczego? - aha ... a jak Pan ten "bogracz" robi? - biorę mięso, kroję, obsmażam na oleju, wrzucam do zimnej wody, dodaję paprykę... - w proszku? - broń Boże..." no coż nie każdy musi wiedziec ani co to bogracz, ani jak się robi zupe gulaszową. ale nic to około 20 byłem już w mojej ulubionej (no nie przesadzajmy ale awansuje w rankingu) knajpie Druid. Andrzeja U jeszcze nie ma, a tu rozstawione bębny i jest Lucek i Malaj, i Paulus i Adam , cała masa muzyków. O 21 dotarł Andrzej, zagrał trzy numery - piękny dialog z Lomanią na pianinie. Po czym urocza, seksowna i roześmiana jak syreny całej śląskiej straży pożarnej Sylwia zarządziła, że pijemy wodke z gwinta. Andrzej zaczał więc szybko drzemać, a jakośc gry pozostałych muzykow rowniez nieco spadła. Atmosfera była wysmienita, niemniej odechciało mi się siedzieć w Druidzie. Jak tylko wyszedłem, jeden z anonimowych dla mnie dotąd ludzi, ktory siedział ze mną i ze znajomym basistą przy stoliku, pyta czy nie poszlibysmy jeszcze gdzies na piwo. I tak trafiłem na Godulę, gdzie opowiada się dowcipy o gorolach ("nie obraź sie") i gdzie z troską pytają czy się nie boję sam wracać po nocy na Świerklaniec. Nie boję się. Lubię Śląsk. może dlatego że piwo zmieniło się cudownie w 200 gram?
10:47, rapataplan
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 30 listopada 2009
Świerklaniec, szósta rano
Wczorajszy dzień upłynał pod hasłem - zobacz jaki niedobry furmint!!! To była butelka, ktora Igor zakupił w Katowicach, furmint popełnił niejaki Babits (Laszlo?) z Tolcsvy, a sprowadził do Polski (niech mu to będzie zapamiętane) Marek Kondrat. Zrobił to prawdopodobnie po to, by obrzydzic Polakom wina wegierskie. zgadzam się całkowicie z Imre Kalo, że istnieje na świecie spisek mający zniszczyc węgierskich winiarzy. Był to niemal najgorszy furmint jakiego probowałem, gorszy powąchałem tylko na Dniach Enologii w Zakopanem, a proszę mi wierzyć, że piłem (czasem nawet bez wstrętu) furminty mocno tragiczne, o co mieli nieraz do mnie pretensję ludzie poważani tak, że nawet w tym miejscu nie bede przytaczał ich inicjałow a co dopiero nazwisk. Ponadto przydażył się piękny spacer po Chorzowie Batorym i Kochłowicach, wizyta w Avii, spotkanie z Urnym i z Aktivem, wreszcie oglądanie wschodu słońca na ławce przed parkiem w Świerklańcu - może istnieję życie po przegranym Gran Derbi. Jednak sprawdzę. Tymczasem zagrzeję frankfurterki i zaparzę kawę.
08:07, rapataplan
Link Komentarze (3) »
niedziela, 29 listopada 2009
uff
Troszkę się działo, może zbyt dużo, by o wszystkim pisać szczegółowo. W każdym razie zacząłem się sądzić i z Profesorem i Porucznikiem, byłem w Tokaju (w czwartek) wypiłem chardonney od Angeliki Arvay, zjadłem zupę rybną i gulaszową a teraz siedzę na Śląsku i ładuje akumulatory. Katowice to piękne miasto. No i przekonałem się do win greckich. I zgubiłem telefon. I założyłem firmę. Kto wie, może zacznę tu nieco więcej pisać. Dzisiaj Gran Derbi. Choć skłamałbym mówiąc że o niczym innym nie myślę (bo myślę i to dość intensywnie) to jednak pytanie - jak sobie poradzą chłopaki na Camp Nou zaprząta moją głowę mocno.
11:09, rapataplan
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 02 listopada 2009
Jak tu żyć w Biłgoraju bez Palikota?
I nie chodzi tylko o jego podatki. Otóż od kiedy Janusz Palikot wyprowadził się z Biłgoraja nie ma komu zadawać pytań o rzeczywistość. Albo wnioskować o rzeczy rożne. I tak wielbiciel Gombrowicza zajął się rzekomym alkoholizmem Lecha Kaczyńskiego, żądał zaświadczeń lekarskich. A kto?, no kto zażąda w naszym - znaczy mieszkańców Biłgoraja imieniu - szczegółowych badań lekarskich burmistrza Janusza Rosłana.
Co bowiem robi zdrowy człowiek kiedy ma urlop? Jedzie gdzieś, albo idzie do lasu, albo zamyka się z baterią butelek w domu. A burmistrz nie. Burmistrz kupuje farbę, wkłada ogrodniczki, pożycza  z Gospodarki Komunalnej (albo od znajomego) drabinę i - uwaga: maluje osobiście gabinet. Fakt może to pomyłka. Może Rosłan przyrósł do swojego stanowiska jak niegdyś Krzaklewski. Może chce się nacieszyć gabinetem, bo lęka się zbliżających wyborów. Spędzić w nim każda chwileczkę, jeszcze raz obcałować ulubione biurko... popieścić kaktusiki, zwierzyć się państwowemu godłu...?
Ja go trochę rozumiem. Ale z punktu widzenia podatnika, lepiej chyba jeśli burmistrz wygrzewa się z urodziwą żoną na Karaibach niż straszy interesantów w pochlapanym farbą drelichu.
Zwłaszcza, że jak go znam, to przez lata będzie niewdzięcznym mieszkańcom te parę puszek farby i swój zmarnowany urlop wypominał.
14:54, rapataplan
Link Komentarze (1) »
Wspomnienie o Maćku
  Z bożonarodzeniowej drzemki wyrwał mnie telefon. „Przygotuj się na szok. Umarł Maciek”  Poczułem się jak sierota.



    Zanim poznałem Maćka szczerze mówiąc nie miałem pojęcia o tym kim naprawdę jest. Z telewizyjnych migawek, opowieści przyjaciół czy opowieści ludzi z branży niemal zawsze podszytych zazdrością wyłaniał się obraz niejasny. Szczerze mówiąc nie czytałem jego książek i nie uważałem go za kulinarny autorytet. Moje postrzeganie zmieniło się diametralnie gdy zobaczyłem i przejrzałem „Kuchnię rzeczpospolitej wielu narodów” – osłupiałem. Nikt i nigdy tak wyczerpująco, kompetentnie i praktycznie nie opisał naszej kuchni. Nie wiesz jak zrobić kluski śląskie – zajrzyj do Kuronia, szukasz pomysłu na bażanta – Kuroń – marynata do baraniny – Kuroń.
   
No nic, na pewno jest niesympatyczny i zarozumiały myślałem usprawiedliwiając się przed sobą z tego, że do tej pory nie poznałem tego człowieka. Okazja nadarzała się w Janowie Lubelskim. To były Janowskie Gryczaki – święto gryczanej kaszy. Maciek siedział za stołem, podpisywał książki, przed palącym słońcem schował się pod namiot. Zaanonsowany wcześniej telefonicznie, przedstawiłem się, pogadaliśmy chwilkę o specyfice regionu i Maciej zaproponował bym zaczął pisywać na jego stronie internetowej. Tymczasem wysłał mnie na zakupy. Wysłał? Tak Maciek według słów naszego wspólnego przyjaciela Jacka Kleyffa był jak cygański król.  Król życia.
   
Na zakupy ruszyłem z Jasiem Kuroniem najstarszym synem. Moim zadaniem było wskazać wśród licznych stoisk festynu produkty najbardziej wartościowe. Już dwadzieścia minut później siedzieliśmy w knajpce z Jasiem popijając znakomite piwo z browaru Janów Lubelski. – Spokojnie pokaz mamy o 19 – uspokajał Jasio kiedy pytałem się czy zamawiamy następną kolejkę. Jaś mylił się szpetnie. Już z daleka od placu gdzie odbywały się Gryczaki słychać było donośny ryk Maćka: „Jaaaaaasiuuuuuuuuuuu!!!!! Gdzie jeeeesteeeeeś!!!!” zwielokrotniony przez nagłośnienie janowskiego domu kultury. Cóż Jaś pomylił godziny, a że przy sobie miał kluczyki do samochodu, w którym znajdowały się garnki i produkty potrzebne do pokazu to Maciej przez pierwsze dwadzieścia minut pokazu zabawiał publiczność gawędą licząc że Jaś się przedziera w jego kierunku, potem delikatnie apelował a potem zwyczajnie stracił cierpliwość i pozwolił poznać janowiakom donośność swojego głosu.
   
Pokaz się skończył, zbierałem się do powrotu do domu gdy zadzwonił telefon: „Gdzie ty jesteś?  My tu siedzimy za sceną i mamy świetne pieczone jabłuszka faszerowane kaszanką” I tak oto zostałem przyjacielem Maćka.
   
Scena pół roku potem. Okres przedwielkanocny. Przedzieram się przez lasy w okolicach Milicza, postawiwszy na nogi całe nadleśnictwo miejscowe by odnaleźć Maćka, który umówił się tam ze mną po drodze, kupując dzika zostawił w Wielkopolsce telefon. W końcu ja dodzwaniam się do Giena, Gieno do Asi – żony  Maćka, Asia do jakiegoś znajomego a ten do kogoś kto akurat z Maćkiem tam jest. Około 22 docieram do domku w środku lasu. I usłyszawszy sakramentalne „lepiej gościa zabić niż go nie nakarmić” –  siadam przy stole, który jest jednocześnie stołem biesiadnym i warsztatem pracy. Obieramy czosnek. Tak się zawsze zaczynała każda nasza wspólna wyprawa. Kilogramy czosnku do obrania. Maciek nie dodawał czosnku chyba tylko do herbaty, a że mieliśmy przed sobą kilkudniowy wyrób kiełbas było dobre kilka kilogramów do obrania.
   
I rozmowy..
- Maćku czy Piotrek Topiński opowiadał Ci…
- Piotrek wszystko mi opowiadał, w stanie wojennym byliśmy razem pod celą.
   
I śpiewanie Kleyffowych piosenek. Potem w czasie pogrzebu Maćka jeden z jego przyjaciół powie, że całe Maćka życie było zawarte między dwiema piosenkami Kleyffa – „Ogryzkiem” i  „Żródłem”. To w „Źródle” pada zdanie – „możesz nie rozumieć mnie, lecz błagam nie zrozum mnie źle”.
   
Pierwsza nasza wspólnie zrobiona potrawa;
– Patrz Kudłaty – mówi Maciek – ile zostało tego farszu do kiełbasy może byś tak zrobił karminadle. To zacząłem robić te karminadle, Maciek ciągle się wtrącał, potem zaczął sam coś siekać zaczęliśmy dyskutować i tak od cebuli do kiszonego ogórka, garść grzybów i tak wyszedł nam …żurek z pulpetami.
   
W nocy słyszałem jak Maciek krzyczy przez sen: „Na Mahometa więcej pieprzu!!!”. Wiedział wszystko i potrafił wszystko dlatego szczególnie dumny byłem gdy potrafiłem mu pokazać jakieś kulinarne szczególiki, których nie znał, czy to z mojego Roztocza czy z Czech lub Węgier.
   
Teraz chyba właśnie najbardziej brakuje nam jego wiedzy, całego tego wtrącania się. Jedna z pierwszych refleksji po jego śmierci to „a kto nas będzie ochrzaniał i poprawiał?”,  liczyłem też na jego pomoc i poradę przy tegorocznym Festiwalu Smaku w Grucznie. No cóż…
   
Szczególne miejsce w życiu Maćka zajmował dom. I budynek i rodzina. O tradycjach rodzinnych i galerii malowniczych postaci pisał w tym miejscu nie będę. Napiszę za to o domu w Izabelinie. Kiedy wprowadzali się tam z Asią dom rósł samotnie wśród lasu, bez drogi. Potem pojawili się sąsiedzi wreszcie obrósł willową wioską. Ale nic to. Na sporej działeczce stoi dom, wędzarnia, miejsce do gry w piłkę, jakaś szopa. Od strony podwórka wchodzi się przez „stołowy” taras . Opis domu zacznę od piwnic. Najpierw Burkina Faso – pomieszczenie telewizyjno rozrywkowe. Tu stoi perkusja i gitary najmłodszego syna Kacpra, tu starsi Kuba i Jaś oglądają mecze, tu nastoletnia Gajka przyprowadza znajomych. Potem jest garaż, który jest składowiskiem książek i naczyń, wreszcie spiżarnia, jakieś zamrażarki („znalazłam wczoraj w domu sarnę”) i kotłownia, w której Maciek trzymał nalewki. W nalewkach cukier dodawał tylko z konieczności, uwielbiał przerażająco dla niektórych wytrawne smaki. Ostatni balon domowej smorodiny pękł sam z siebie późną jesienią zeszłego roku…
   
Na samej górze mieściły się pokoje dzieci. Duszą domu był parter. Zaraz za tarasem który był letnią kuchnią i jadalnią wchodziło się do jadalni zimowej połączonej z kuchnią. W szafkach herbaty i przyprawy, właśnie w tej kolejności - w lodówce zawsze jakiś ser. U Kuroniów gotowało się smacznie. Zupa rybna, gicze jagnięce, węgorze, galarety, świetne makarony – chciałbym, by gdzieś w Polsce były restauracje na tym poziomie. I gościnność.
   
- Jesteście głodni -  zapytał kiedyś Jaś wioząc nas z Warszawy do Izabelina – tak? To macie szczęście Ojciec nie darowałby Wam, gdybyście przyjechali najedzeni – on od wczesnego popołudnia szykuje cielęce kotlety.
   
Nie piszę o jednej z największych europejskich wanien, czy o sypialni, gdzie Maćkowi gdy chorował  przynosiło się herbatę zaparzoną w ulubiony sposób, gdzie oglądało się czasem mecze lub skoki narciarskie. Trzeba wiedzieć, że Maciek – warszawiak przecież  - był kibicem Górnika Zabrze, ale w ogóle lubił piłkę i znał się na niej – miał fenomenalną pamięć. Gdy mi opowiadano nie wierzyłem, ale w jego 48 urodziny byliśmy razem na koncercie Jacka Kleyffa i faktycznie Maciek pełnił rolę suflera – bo pamiętał teksty Jacka lepiej niż autor. Sam padłem ofiarą jego pamięci przegrywając zakład na temat kolejności płyt w dyskografii Pink Floyd. Wreszcie serce domu. Pokój z kominkiem. Kanapa, fotele, w tym ten jeden obrotowy za biurkiem. Po lewej szafka z płytami i książkami. W strategicznych miejscach cztery psy. Każdy z nich był przygarniętym przybłędą. 
    Ech co tu dużo gadać – kiedy ktoś przytłoczony czasami i losem pytał mnie czy jest jeszcze na tym świecie kochająca się rodzina – odpalałem zawsze - Kuronie. Atmosfera tego domu jest niesamowita, tylko ten pusty, obrotowy wysoki fotel…
   
A niech tam, można zamknąć oczy, w fotelu będzie siedział Maciej, za oknem już ciemno. Z głośników płynie – na złość dzieciaków piosenka o kolejarzach wąskotorowych. Asia melduje, że zakończyła pakowanie do pokazu. Przekazuje Małgosi listę zakupów. Kuba też już gotowy. Małgosia – menedżerka Maćka pokazuje mapę – gdzie będziemy nocować. Ja ustalam gdzie po drodze można coś sensownego zjeść. Jeszcze termos z herbatą, którego Maciek i tak zapomina zabrać… termos zostaje w domu, na szafce przy lustrze….
11:15, rapataplan
Link Komentarze (1) »
niedziela, 01 listopada 2009
Rocznica likwidacji biłgorajskiego getta.
2 i 3 listopada 1942 roku przestało istnieć getto w Biłgoraju. Do ludzi strzelano na ulicach. Jak co roku spotkamy się na kirkucie. Bez pocztów sztandarowych i przemówień. Bez niepotrzebnych słów i teatralnych gestów.
18:38, rapataplan
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 27