Blog > Komentarze do wpisu
Biłgoraj na chwilkę. Sieraków dla pamięci.

Trzy dni gotowania jedzenia i picia z Józefem Simonem i tabunem przyjaciół zakończyły się w zeszły piniedziałek w Lublinie. Świtem, bo Ania, nasza tłumaczka chciała zdążyć na lekcje w Miszkolcu ruszylismy z uśpionego jeszcze Lublina na południe. Wysiadłem w Janowie Lubelskim. zaczekałem 20 minut na bus do Biłgoraja.Tym razem widok wież dużego kościoła przespałem. Obudziłem się obok piekarni u Aniołka. 

Fajnie że miasto w słońcu. Zajrzałem do gminy, pospacerowałem, usiadłem chwilę na ławeczce z Romkiem Sokalem. Czekam mnie ponowan lektura jego uroczej książeczki o Sierakowie. Znam ją wcześniej z maszynopisu, wzbogacona teraz mapami, ilustracjami Heleny Pisulowej wygląda slicznie i z radością ja się otwiera. Patrzę na Romka i widzę, że dzięki temu, że wreszcie zmaterializowała sie ta opowieśc o jego miejscu, wiosce, gdzie spędził dzieciństwo i gdzie da Bóg, oby jak najpóźniej nadeszła spędzi starość, dzięki tej książeczce, odjęło  mu kilka pudów goryczy. Spogodniał. Usmiecha się. Faktycznie odciął się od miałkich spraw hipokrytów w urzędniczych źle skrojonych garniturach, ktorzy swoją paskudną i lepką miarę przymierzają do patriotyzmu, i zaangażowania w lokalnośc innych. 

To ja siadłem w autobus i pojechałem do Krzeszowa. Zajrzałem na podwórko Stasia Kutmana, dobrze było popracować w kabarecie, z drzwiami otwartymi szeroko na słońce i budzący się do wiosny orzech. Potem - jak to rzadko w tym roku - autostop - Nisko, Janów Lubelski, Lublin, Kołbiel, Warszawa. Późno zmęczenie. Potem praca, wino, nocna ławeczka w parku z Justyną Gienem i Wojtkiem Amaro - zapamiętajcie datę 18 kwietnia 2013 - bo to był przełom prawdziwy w polskich kulinariach. Będzie kiedyś pamiątkowa tablica.

Potem Toruń, marzenia... I wniosek, że do życia klubowego się nie nadaje. Za to klubowe jedzenie przyrządzam jak mało kto. Skrobany tatar z sarny z jagermeistrem był oczywiście mocno z tyłu za Wojtkowym tatarem z foie gras, ale i tak odstawiliśmy większość tataroróbców na długi dystans. Niedziela jakby rodzinna, spacer, lenistwo, lody na obiad penne z jagnięcina i szpinakiem. W przysżły piątek na Węgry. 

Dzisiaj rano praca, trzeba opisać madejowy chleb.

 

poniedziałek, 22 kwietnia 2013, rapataplan

Polecane wpisy

  • Dobrze mieć przyjaciół

    Robota Marka zaczęła się wiele lat temu jeszcze w teatrze Kana, potem szła przez szczecińskie rozlewiska i kanały, materializowała się na talerzach i w ulach gd

  • upał

    W upał wykonujemy wiele bezsensownych czynności. Ja na przykład siedzę na warszawskiej Pradze w centrum nurkowym i spoglądając na zdekompletowane aqalungi zbier

  • O Ukrainie częśc nie wiadomo juz ktora, tekst powstal w sierpniu

    Nie wiem czemu, ale myśląc o Ukrainie zawsze wspominam pełną dziur drogę ze Lwowa do Stanisławowa. Jadąc marszrutką czy autostopem widziałem gdzieś po lewej str

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu: