Blog > Komentarze do wpisu
O Ukrainie częśc nie wiadomo juz ktora, tekst powstal w sierpniu
 
Nie wiem czemu, ale myśląc o Ukrainie zawsze wspominam pełną dziur drogę ze Lwowa do Stanisławowa. Jadąc marszrutką czy autostopem widziałem gdzieś po lewej stronie, nad górami, których nazwać nie potrafię, wielkie orły. Nie wiem, nie śmiem pytać, co te ptaszyska piękne mają symbolizować w tej historii.
Ludzie w pociągu, oczywiście wiedzą co to Stanisławów, ale mówią już "do Frankiwska". Nie wiem, nie znam setek historii, stoję przed nimi z ciekawością Kischa ale z jakimś ogromnym brakiem czasu. A przecież teoretycznie łatwo sprawdzić jak mówili o Stanisławowie jego mieszkańcy, pewnie mniej łatwo, ale można sprawdzić, jak na to mówienie reagowały władze, może jest jakaś wzruszająca historia o dziecku wyrzuconym ze szkoły, albo choć postawionym do konta, za używanie nazwy niesłusznej.
Tak łatwo wypowiadamy się o Ukrainie, a nie wiemy nawet tego... Trochę nie chcemy, trochę się boimy. Jak patrzę ma twarze Ukraińców w autobusie, to czasem, grzesznie myślę sobie - czy ktoś o takiej twarzy mógłby roztrzaskać niemowlę o cegły domu... O takich dobrych oczach, tej poczciwości ogromnej...
Ukraina to demon na demonie, niezrozumienie ogromne. Wczoraj, kiedy o północy dotarliśmy do Rachowa, strasznie spodobał mi się pomysł jazdy marszrutką. No skąd ja, pacan miałem wiedzieć, że ta północna marszrutka odwozi po prostu ludzi z wesela, i że nie pojedziemy na Ług ale na Ługi. Cóż było z nami zrobić, na Ługach przenocowała nas dobra kobieta z marszrutki, przepraszała za bałagan, właśnie pochowała swoją 93 letnią matkę, tu w tym pokoju, gdzie będziemy spali była stypa, a ona wraca z wesela, pogrzeb i wesele w jednym dniu, o tu korowaj.
I te pyszniutkie ogórki na śniadanie, ten szczypior pachnący... Korowaj zamiast chleba. Herbata z malinami. Nic nie rozumiem...
Moje ulubione Kafe we Lwowie to Wareniki. Przy Łyczakowskiej, ale Polaków tam nie widuję. Wbiegają szybko na cmentarz, zbiegają szybko z cmentarza. Tymczasem podają tu takie pierożki, które unieważniają naturę konfliktów polsko-ukraińskich. Można siedzieć w tym kiczowatym wnętrzu i rozpływać się. Pić susz, jeść pierożki i piękne sało, patrzeć jak kucharki wnoszą do akwarium ozory w galarecie. 
Gdzieś przy Słowackiego, bo ciągle jest we Lwowie ulica Słowackiego, jest mój ulubiony sklep spożywczy, z dwoma, trzema stoliczkami, gdzie można wypić wódkę, zjeść kanapeczkę ze śledziem, zagryźć pomidorkiem. Posłuchać opowieści... Czasu nie ma na tą Ukrainę. Pędzimy przez nią, a właściwie wleczemy się marszrutkami, wciąż pod górę, wciąż w tłoku... 
Może i Ukraina umiera ale nie widać w niej tych ubytków, zabliźniają się niesamowicie. Nie widać braku 80 tysięcy Żydów z Czerniowiec, nie widać braku Żydów z Huculszczyzny. U ostaniego Żyda- Hucuła, w Werchowinie, znaczy w Żabiu na półce masa książek i portret Bandery, na ścianach zaś święte obrazy. Wasyl zaś uśmiechnięty a z nim pies Tomasz i kot Neron. Pies Tomasz ma charakter, obraża się znaczy, kiedy usuwa się go z miejsca przy stole. Na Magurze, w samym sercu huculszczyzny każdy kawałeczek łąki ogrodzony, płot, drut kolczasty, jaki to kontrast z Kobylą Górą i cudowną Rosiszką, wioską z bajki, gdzie nikt płotów nie stawia a drzwi chat stoją otwarte na ościerz. "Chodźcie, nazrywajcie gruszek sobie, a tam też śliwa rośnie, chodźcie wody ze studni popijecie..." a stojąc pod śmietnikowo-przystankową wiatą, chroniąc się przed burzą, słychać po wsi czwarty dzień wesela, bo to wtorek. Buczy bęben, nie baczy, że pioruny biją.
Wreszcie Krasnoszora, Stara Huta, czy Alte Hute. Strasznie splątane miejsce, jechaliśmy tam teraz rumuńską taksówką, z dziwnym dość ołtarzykiem pośrodku i świeżymi kwiatami w okolicach ręcznego hamulca. Na przedniej szybie, ciekawe czy od Euro, czy wcześniej, kierowca zamocował ukraińskie flagi. I wspinamy się pod górę w półasfalcie,w białym żwirze. Stajemy pod polskim kościołem, innego tu nie ma, w wiosce prawie sami Polacy, chociaż dzieciaki mówią po ukraińsku, dzwonią do siebie, że wasza krowa poszła nie tutaj, nie trafiła głupia z pastwiska, bo tu w Krasnoszorze krowy wracają do domu same z pastwiska nad Dubuckim Uroczyskiem. Jak dzieci się dobrze uczą, to ksiądz zabiera je na wycieczki do Polski. I na Łysą Górę trzeba iść, stamtąd Czerniowce widać, a za nią, za nią, i za jeszcze jedną górą są jaskinie ludzką ręką wykute, wielkie. I tam młodzież chodzi, obozuje, szaszłyki piecze, ale rzadko. Rysie tam mieszkają i niedźwiedzie, ale one człowieka boją się, uciekają, rzadko widzą, choć ojciec Fabian kiedyś prosto na niedźwiedzia wyszedł to tamten nie przestraszył się, ani ojciec ani niedźwiedź, stali tak sobie, patrzyli się na siebie i rozeszli się, każdy w swoją stronę.
Jaskinie te budował podobno Kozak Dobosz, łupił on niemiłosiernie Turków, Rumunów(?sam się dziwię) i Polaków i tu w komysze bukowińskie zwoził łupy. Na wsi domy duże, drewniane, pomalowane farbą, czasem zieloną, czasem niebieską, niektóre nawet mają jedną czy dwie ściany okutane sidingiem. Przy domach sady, gruszki smaczne, jabłka na początku sierpnia zielone jeszcze, śliw niewiele ale soczyste bardzo, lasy pełne jeżyn i grzybów. Studnie głębokie, kamienne, nie betonowe po kilkanaście metrów. Mleko takie, że żyć się chce, dobry chleb. Nie słychać telewizorów, nie słychać umca umca z samochodów, ludzie siedzą pod sklepami, piją, rozmawiają, przyganiają krowy, o siódmej rano w marszrutkę i na targ do Starożyńca. Przejechaliśmy tysiąc kilometrów, by poczuć się jak na polskiej wsi z lat 70 i jednocześnie na końcu świata. Dom drewniany, chłodny w letni dzień, pełen tajemnic. Gdyby łóżko było wygodniejsze a psy nie takie nadwrażliwe i nie obszczekiwałyby nocą każdej spadającej gruszki wracalibyśmy tu często. A tak... Będziemy tęsknić mocno ale platonicznie. 
Ale o jednym miejscu w Karpatach Ukraińskich nie napiszę gdzie jest, bo jeszcze zaczną przyjeżdżać tam ludzie. Znaleźliśmy chatkę. Stoi na grzbiecie solidnej góry, w środku dwa proste łóżka, wilcza skóra i piec. A otwierając klapę w podłodze sięgamy śmiało ręką i wyciągamy butelkę schłodzonej do 11 stopni Celsjusza wódki. Popijemy wodą z kryniczki. Za zdrowie Ukrainy. Za tęsknotę.
środa, 16 stycznia 2013, rapataplan

Polecane wpisy

  • Dobrze mieć przyjaciół

    Robota Marka zaczęła się wiele lat temu jeszcze w teatrze Kana, potem szła przez szczecińskie rozlewiska i kanały, materializowała się na talerzach i w ulach gd

  • upał

    W upał wykonujemy wiele bezsensownych czynności. Ja na przykład siedzę na warszawskiej Pradze w centrum nurkowym i spoglądając na zdekompletowane aqalungi zbier

  • Dobosz

    Wczoraj wpadła mi w ręce, ksiżka z zapiskami Andrzeja dobosza i wessała mnie, jestem niewyspany a chciałbym dzis obejrzeć mecz, wszystkie projekty ida powoli. A

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
mag-43
2013/01/16 08:49:13
dotrze tam pseudo cywilizacja,dotrze, zapaskudzi, zniszczy, błyśnie złotym cielce, wzrok zaćmi. ale póki jeszcze co, póki można ludzie żyją jak Pan Bóg przykazał